Recenzja: Dom nieba i oddechu. Część 1 – Sarah J. Maas

Choć odnoszę wrażenie, że od jakiegoś czasu mamy modę na „hejtowanie” twórczości Sary J. Maas, to ja i tak pozostaję wierną fanką jej twórczości. Fakt, ostatnia część Dworów nie bardzo mnie do siebie przekonała i odnosiłam wrażenie, że to nie ta sama Maas, co kiedyś, ale pierwsza część tomu drugiego Księżycowego MiastaDomu nieba i oddechu – zatarła złe wrażenie. Historia Bryce i Hunta podobała mi się od samego początku, dlatego bardzo chętnie sięgnęłam po kolejną partię ich przygód. Poza tym uwielbiam urban fantasy, więc sam motyw połączenia ulubionego gatunku i jednej z ulubionych pisarek sprawia, że nie mogłabym sobie odpuścić tej lektury.

Po tym, jak Bryce i Hunt ocalili Księżycowe Miasto, chcieliby nieco odpocząć. Zwolnić tempo. I z początku nawet im się to udaje. Pracują nad relacją między nimi, czasami pojawią się na jakiejś imprezie u brata Bryce, żyją całkiem spokojnym życiem, ale gdy nagle stają się częścią sprawy związanej z rebeliantami i coraz więcej osób przychodzi do nich z informacjami na ten temat, oboje czują, że nie odpuszczą. Zaczynają zgłębiać tę kwestię, choć nie każdemu się to podoba – niektórzy nie chcą, aby ta dwójka maczała w tym palce. Wkrótce jednak sprawa staje się na tyle poważna, że angażuje się w nią coraz więcej istot – i nie wiadomo, jakie pobudki nimi kierują i jakie są ich cele. Komu Bryce może zaufać? A na kogo powinna uważać? I czy w ogóle powinna angażować się w sprawy rebeliantów?

Choć Maas ma pewne tendencje do powielania samej siebie, to wydaje mi się, że jej fanom to nie przeszkadza. Bo w końcu przecież to właśnie te jej charakterystyczne elementy pokochaliśmy, prawda? Sama potrafię dostrzec w jej twórczości pewną schematyczność, ale to jeden z nielicznych przypadków, w których zupełnie mi ona nie przeszkadza. Ba! Nawet nie wiem, czy chciałabym, aby Maas pisała inaczej, bo jej styl naprawdę mi odpowiada. Poza tym ta schematyczność za każdym razem zaprezentowana jest nieco inaczej, o ile rozumiecie, co mam na myśli. Jasne, historię Nesty uważam za lekki niewypał i spadek formy autorki, ale jednak urban fantasy w jej wykonaniu naprawdę przypadło mi do gustu. Jest odpowiedni klimat, są świetni bohaterowie, wciągająca fabuła. Tak naprawdę pochłonęłam tę powieść w mgnieniu oka. Akcja miała dobre tempo, a rozgrywające się tutaj wydarzenia stawały się ciekawsze z każdą kolejną stroną. Pojawiło się sporo nowych wątków i zostały dobrze poprowadzone.

Doskonale wiem, że Maas nieco idealizuje swoich bohaterów. Wszyscy są piękni, wysportowani, cudowni. I to również mi nie przeszkadza… W końcu to fae oraz inne istoty nadprzyrodzone – często mamy do czynienia z tym, że są one po prostu jak wyjęte z obrazka. Jednak jest to kwestia tylko i wyłącznie wyglądu, bowiem charaktery to już zupełnie inna sprawa. Bryce i Hunt to osoby o naprawdę dobrych sercach, choć na pierwszy rzut oka mogą się wydawać zupełnie inni. Bryce sprawia wrażenie imprezowiczki, która żyje chwilą, a Hunt mrocznego i wycofanego faceta, jednak oboje potrafią walczyć w słusznej sprawie. Z resztą każde z nich ma pewne niemiłe doświadczenia, które ukształtowały ich charaktery. Historia Hunta jest wyjątkowo wymowna, aczkolwiek nie będę się na jej temat rozwodzić, bo nie uniknę wtedy spoilerów, natomiast Bryce ma ojca dupka, który chyba nigdy nie zasłuży na tytuł dobrego rodzica. Lubię również Ruhna, Thariona i Aidasa – to niesamowite, że choć pojawia się on tutaj zaledwie raz, jest tak urzekającą postacią.

Sporym zarzutem w kierunku Maas stało się to, że zaczęła ona pisać mocniejsze sceny erotyczne w swoich książkach. Przyznaję szczerze, że zupełnie tego nie rozumiem – niejednokrotnie w fantastyce mamy z tym do czynienia, więc dlaczego tutaj nie mogło się to pojawić? Maas nie pisze już od dawna powieści typowo dla nastolatków, bardziej oscyluje to w klimacie new adult, a w urban fantasy generalnie motyw seksu i jego opisy pojawiają się dosyć często. Czy są wulgarne? Tutaj nieco tak, ale tak naprawdę to indywidualna kwestia czytelnika, jak to odbierze. Jedni uznają, że to bardzo dopasowane do bohaterów i rasy fae, inni uznają, że są to sceny zbyt obsceniczne, zbyt odważne i przesadzone. Ja uważam, że są w porządku. Poza tym wcale nie ma ich tak wiele – naliczyłam ze 3 czy może 4, nie więcej niż 10 stron w książce, która liczy ich sobie 560.

Osobiście jestem naprawdę zadowolona z tej lektury. Cieszę się, że Maas postanowiła pójść w kierunku urban fantasy i uważam, że nieźle jej to wychodzi. Wczułam się w tę historię, polubiłam jej bohaterów, była to jedna z tych książek, które wciągnęły mnie do swojego świata i po prostu żyłam jej wydarzeniami. Coraz rzadziej udaje mi się tak mocno zaangażować w czytaną historię, więc gdy już przydarzy mi się coś takiego, to naprawdę czuję, że czytam coś typowo w moim klimacie. Na pewno będę wyczekiwać kolejnych części! Kocham te przygody i te emocje.

Bookeater Reality 

Recenzja: Dom nieba i oddechu. Część 1 - Sarah J. Maas
4.4Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 1 Głosuj