Recenzja: Koniec maskarady – Samantha Shannon

Długo czekaliśmy na kolejny tom Czasu żniw. Moja historia z tym cyklem rozpoczęła się wiele lat temu i muszę przyznać, że na kolejne części w tym przypadku czeka się naprawdę wyjątkowo długo. Z jednej strony można by uznać, że ma to swoje plusy – ponieważ to jedna z moich ulubionych serii to wiem, że nie będę musiała się z nią żegnać tak szybko. Po drugie – daje to obietnicę otrzymania naprawdę dopracowanej historii. A jednak… urzekające serie mają to do siebie, że człowiek niby nie chce się z nimi za szybko rozstawać, a z drugiej pragnie jak najszybciej poznać zakończenie całej opowieści. Tego czytelniczy umysł nigdy nie pogodzi.

Koniec maskarady to czwarta część przygód Bladej Śniącej, sennego wędrowca, Paige Mahoney. Samantha Shannon zaplanowała tę serię na siedem części, więc półmetek już za nami. Po raz kolejny udowodniła, że nie oszczędza swoich bohaterów. Po raz kolejny całkowicie zbiła mnie z pantałyku i tak zakończyła ten tom, że znowu oczekiwanie na kontynuację będzie katorgą. Czy ona specjalnie znęca się nad swoimi czytelnikami, podobnie jak i nad główną bohaterką? Zaczynam podejrzewać skłonności sadystyczne… Ci pisarze.

Tym razem akcja zostaje przeniesiona do Paryża, miejsca dużo bardziej naznaczonego przez rewolucję niż Londyn. Krem już niegdyś płynęła jego ulicami, teraz popłynie ponownie. Sprawnie rozwinęło się tam podziemie, stworzono tajemniczy program Domino, który ma plany związane z Paige, a ryzyko prawdziwej, otwartej wojny wisi w powietrzu. Szpiedzy skrywają się wszędzie, przyjaciele stają się wrogami, a dotychczasowi wrogowie mogą okazać się jedynymi sojusznikami. Paige kieruje się własnymi ambicjami, ale jest tak wycieńczona po ostatnich wydarzeniach, po torturach, jakimi została poddana, że nie potrafi trzeźwo myśleć. I nie ma pojęcia, komu może zaufać.

Piękne jest to, że każdy tom tej serii rozpoczyna się praktycznie w tym samym momencie, w którym zakończył się poprzedni. I choć nie ukrywam, że minęło naprawdę dużo czasu od mojej lektury Pieśni Jutra, to jednak dosyć szybko na nowo odnalazłam się w tej rzeczywistości. Zwłaszcza dlatego, że Shannon stworzyła naprawdę niecodzienny i tak odmienny, charakterystyczny świat, że nie sposób na nowo nie poczuć jego swoistego klimatu. Zdecydowanie zasługuje on na miano oryginalnego. Niby wiemy, że mamy do czynienia ze światem przyszłości, z obcą rasą, z dziwnymi organizacjami… Z czymś, co jest powszechne w literaturze, a jednak w tym wydaniu sprawia wrażenie niepowtarzalnego.

Na pewno nie można tutaj narzekać na brak akcji. Wycieńczona Paige nie zważa na to, że jest ledwo żywa – po raz kolejny podejmuje samobójcze misje, próbuje odkryć kolejne tajemnice, znaleźć sojuszników. Jest duszą rewolucji, ma w sobie buntownika. Jest samotnym wilkiem, który stopniowo ujawnia swoją moc. Ta dziewczyna naprawdę wiele już przeszła i wydawało mi się, że nie zniesie kolejnych ciosów. A jednak. Każdy kolejny przyjmowała z niespotykaną siłą, choć było widać, że ma chwile słabości. Jednak autorka w pewnym momencie wywołała istną burzę. Przez chwilę tempo zostało spowolnione, atmosfera zrobiła się gęsta, czujność uśpiona… a potem BUM! Cios prosto w serce. Zdrada. Względem Paige, względem czytelników.

Oczywiście nie zdradzę Wam tego, co rozbiło moje serce w drobny mak, aczkolwiek do tej pory mam mętlik w głowie i nie mogę się z tym uporać. Czy to było rzeczywiste? Czy to była gra pozorów? Czy to było zamierzone i w pełni przemyślane postępowanie bohaterów? Czy to zaledwie mała cząstka wielkiego planu czy może cały czas karmiono nas kłamstwami? Oto istna burza emocjonalna związana z zaprezentowanymi w tej części relacjami. Bolało. Nie wierzyłam, choć niby wydaje mi się, że gdzieś tam miałam pewne podejrzenia. Dodajcie do tego wyjątkowo „urwane” i pełne niedopowiedzeń zakończenie… Tak, Shannon znowu to zrobiła. Zostawiła nas z ogromem pytań.

Koniec maskarady to tytuł, który naprawdę ma tutaj ogromne znaczenie i znajduje odzwierciedlenie w fabule. Bolesne odzwierciedlenie. Jest to powieść bardzo rozbudowana, autorka nie stroni od rozległych opisów, od bawienia się sytuacją. Odpowiednio buduje napięcie, nie brakuje tutaj ponurej atmosfery zionącej rebelią, mocnej akcji czy chwil pełnych zaskoczenia. To istna gratka dla fanów książkowych cegiełek, choć wiadomo, że raczej nie powinno się po nią sięgać bez znajomości poprzednich części. A jeżeli ich nie znacie, to zdecydowanie pora to zmienić, bowiem Czas żniw to coś niepowtarzalnego i wyjątkowo urzekającego.

Recenzja: Koniec maskarady - Samantha Shannon
4.8Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 1 Głosuj