Recenzja: Toxyczne dziewczyny – Rory Power

Gdy tylko rozniosła się wieść, że w Polsce zostanie wydana debiutancka powieść Rory Power, czyli Wilder Girls, wielu czytelników po prostu oszalało i nie posiadało się z radości. Ja nie znalazłam się w tym gronie, aczkolwiek nie ukrywam, że byłam tej książki ciekawa. Określana jako feministyczna wersja Władcy much wzbudziła moje zainteresowanie, ale też nie podchodziłam do niej ze zbyt wielkim zachwytem czy rozbudowanymi oczekiwaniami – takie nastawienie już niejednokrotnie zaburzyło mój odbiór niektórych książek. Dlatego sięgnęłam po nią będąc całkowicie neutralna.

Akcja powieści rozgrywa się na małej wyspie objętej kwarantanną. Znajduje się tam szkoła, w której przebywają dziewczęta zarażone dziwnym, mało poznanym wirusem, który otrzymał nazwę Tox. Każda z nich reaguje na niego inaczej, niestety większość pada jak muchy. Choroba rozwija się stopniowo, człowiek powoli traci zmysły, a podobno nawet i części ciała. Z kolei niektóre z dziewcząt są tym wirusem tylko naznaczone – przynajmniej póki co – a to podwójne tętno, a to rybie łuski na ciele… Nieprzewidywalna zaraza, która mimo wszystko stanowi zagrożenie dla ludzi z zewnątrz. Bo co, jeśli Tox w jakiś sposób wydostanie się z wyspy? A i tak nikt nie jest pewny tego, jak on się rozprzestrzenia…

Wydaje mi się, że śmiało mogę napisać, że jest to opowieść o przetrwaniu. O walce. O przyjaźni. Tych motywów tutaj nie brakuje, bowiem każda z dziewcząt pragnie tylko dwóch rzeczy. Pierwszą z nich jest przetrwanie i powrót do rodziny. Drugą wyzdrowienie. Niestety, pragnienia te są bardzo odległe, a tak na dobrą sprawę, niejednokrotnie idzie się tutaj dopatrzeć typowego braku nadziei – jakby ta wyspa miała już na zawsze pozostać ich domem, jakby nie było jakiejkolwiek szansy na to, że się z niej wydostaną i wszystko wróci do czasów sprzed wybuchu choroby. Chociaż mają swego rodzaju „wsparcie” z zewnątrz, to i tak jest im ciężko.

Przyznam szczerze, że już niektóre początkowe sceny ukazały mocny i brutalny obraz tej sytuacji. Część dziewcząt, należąca do Brygady Łodziowej, może opuszczać teren szkoły i zdobywać zaopatrzenie dostarczane z zewnątrz. A potem następuje walka – rzucają swoje zdobycze pod nogi współtowarzyszek ze szkoły, a te walczą o choćby najmniejszy kawałek jedzenia. Racje żywnościowe są znikome, a jakiekolwiek świeże owoce czy warzywa to niesamowicie odległa rzecz. Smutne i przykre – bo chociaż na co dzień mieszkanki Raxter są dla siebie w miarę miłe, sympatyczne i wspierają się nawzajem, to tutaj uruchamiają się pierwotne instynkty. Każda pragnie jedzenia, wody, namiastki normalności.

Język powieści jest całkiem niezły, chociaż miałam wrażenie, że początek był nieco toporny. Dopiero z czasem byłam w stanie bardziej zagłębić w historię, którą zaproponowała Rory Power. Całkiem nieźle poradziła sobie z kreacją książkowego świata czy bohaterów, ożywiła naprawdę smutną i przerażającą wizję, która zdecydowanie jest lekkim powiewem świeżości w literaturze młodzieżowej. To nie jest kolejna ckliwa opowiastka, tylko walka na śmierć i życie. Z wirusem, z innymi zarażonymi, a nawet z tym, co czai się na wyspie. Tox przenika wszędzie, a dziewczęta nie mogą zrobić nic więcej, poza próbą przetrwania i czekaniem na lek – o ile ten w ogóle kiedykolwiek powstanie.

Nie jest to może książka idealna, ale jak na debiut, jest naprawdę w porządku. Wciągająca, nieźle napisana, a Rory Power zadbała o to, aby jej bohaterki były odpowiednio zaprezentowane – bo to one są tutaj siłą napędową. Ich myśli, działania, postępowanie. Niejednokrotnie muszą podejmować łamiące serce decyzje i chociaż wiedzą, że ich położenie jest praktycznie tragiczne, to wydaje się, że nie tracą nadziei. Zwłaszcza główna trójka – Hetty, Reese i Byatt. Toxyczne dziewczyny to wciągająca opowieść, dobry pomysł i niezłe wykonanie. Warto dać temu debiutowi szansę.

Recenzja: Toxyczne dziewczyny - Rory Power
4.3Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 2 Głosów