Recenzja: Kiedy Pan Piecho gryzie – Brian Conaghan

Motyw nastolatków, którzy zmagają się z problematycznymi schorzeniami jest dosyć powszechny w literaturze młodzieżowej. Nie ma się co dziwić – choroba to dobry temat do tego, aby nie pisać kolejnej ckliwej opowiastki o licealnych miłościach, ale pokazać coś więcej, coś bardziej ambitnego. Do zacnego grona autorów, którzy skierowali się w tę stronę, postanowił dołączyć Brian Conaghan ze swoją powieścią Kiedy Pan Piecho gryzie. Opowiada ona historię szesnastoletniego Dylana Minta, który cierpi na zespół Tourette’a.

Podczas rutynowej wizyty kontrolnej w szpitalu Dylan słyszy, co lekarz mówi jego matce. Za kilka miesięcy wszystko się zmieni, skończy się życie, jakie zna, powinien zostać odpowiednio przygotowany do tego, co ma nastąpić. Chłopak jest przekonany, że świadczy to o jednym – zostało mu jakieś pół roku życia, a na wiosnę się z nim pożegna. Tak oto choroba go wykończy… Postanawia więc stworzyć listę rzeczy, które chciałby zrobić przed śmiercią – nie składają się na nią jednak zbyt wyszukane podpunkty, które można znaleźć w Internecie, jest też dosyć krótka i co więcej, nie skupia się nawet w całości na jego osobie. A to ci ciekawostka, prawda? I tak oto przez ten krótki okres czasu Dylan robi wszystko, aby wcielić swoje plany w życie. Czy zdąży?

Sam Dylan jest dosyć sympatycznym chłopakiem, choć byłam ogromnie ciekawa, w jaki sposób autorowi uda się odwzorować w książce zaburzenia charakterystyczne dla zespołu Tourette’a. Jeżeli nie wiecie, na czym ta choroba polega, to po krótce wyjaśnię, że jest to zespół zaburzeń neurologicznych, w których chory zupełnie nie kontroluje ataków – ma niekontrolowane tiki kończyn, niejednokrotnie wybucha i krzyczy przekleństwa, choć tak naprawdę wcale tego nie chce. Wydaje mi się, że najbardziej męczący w tym wszystkim jest brak kontroli, co czasami dało się zauważyć u samego Dylana – bardzo często przepraszał za to, co powiedział, za swoje wybuchy, choć czasami wykorzystywał chorobę do własnych celów. Prawda jednak taka, że mimo wszystko kontrolowane wybuchy da się rozpoznać… Jednak co ma do tego wszystkiego sam tytuł książki? Wiecie, to dosyć ciekawa sprawa, mocno powiązana z chorobą głównego bohatera. On nie tylko przeklina w trakcie ataków, chwilami… warczy i szczeka.

Poruszane są tutaj typowe problemy okresu dojrzewania – pierwsze romanse, pierwsze stosunki seksualne, motyw kumpli na zawsze, problemy ze szkolnymi chuliganami. Autor wprowadził do tej powieści typowo młodzieżowy (może nawet aż za bardzo) język i slogan, świetnie zaprezentował to, jak chłopakom w wieku szesnastu lat buzują hormony, ale nie zapomniał też o relacjach matka-dziecko. To, co się dzieje z ojcem Dylana jest dosyć skomplikowane i nie chcę Wam zdradzać faktów fabularnych, ale trzeba przyznać, że chłopakowi brakuje nieco męskiej ręki i męskich rozmów. Matkę kocha całym sercem, podobnie jak ona jego i choć tak naprawdę zespół Tourette’a nie jest wyjątkowo okrutną chorobą, to zdecydowanie nikt by nie chciał, żeby jego dziecko w jakikolwiek sposób się męczyło. Tak oto te wszystkie wątki przewijają się ze sobą i tworzą dosyć sympatyczną całość.

Niestety, jeżeli czytelnik zacznie się dogłębniej zastanawiać nad samym pomysłem autora, to szybko odkryje, że coś tutaj nie gra. Ile tak naprawdę wiecie o poziomie śmiertelności związanym z zespołem Tourette’a? Nie zmienia to jednak faktu, że życie głównego bohatera faktycznie ma ulec zmianie i nie do końca da się tak szybko dojść do tego, co to tak naprawdę oznacza. Książka jest napisana bardzo prostym stylem, czyta się ją szybko i lekko, ale czy należy do specjalnie skomplikowanych? Raczej nie. Tak, potrafi czegoś nauczyć – chociażby tego, jak żyć z chorobą, która po prostu jest męcząca, pokazuje, że warto zawsze zachować pogodę ducha, a co więcej, pojawia się tutaj również kwestia rasizmu. Uczy przyjaźni, uczy szacunku, ale mimo wszystko wciąż pozostaje taką lekką historią dla nastolatków.

Mimo wszystko myślę, że ta książka ma szansę trafić do pewnego grona odbiorców. Ja raczej coraz gorzej odnajduje się w typowych młodzieżówkach, bo tok myślenia nastolatków nie trafia do mnie od lat, ale z pewnością Brian Conaghan stworzył sympatyczną i pełną nadziei opowieść, która znajdzie swoich zwolenników.

Bookeater Reality dla BG

Recenzja: Kiedy Pan Piecho gryzie - Brian Conaghan
3.6Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 0 Głosów