Recenzja: Freja – Matthew Laurence

Od dziecka uwielbiałam mitologię i moja miłość do tej tematyki nigdy nie przeminęła. Choć to Starożytny Egipt pozostaje moim największym konikiem, to jednak podania z mitologii greckiej czy nordyckiej znajdują się tuż za nim, a więc z ogromną przyjemnością sięgam po książki, w których znajdują się do nich nawiązania. A tytuł Freja chyba mówi wszystko – wiadomo, z kim będziemy mieć do czynienia. Choć to Odyn, Thor i Loki są najsłynniejszymi i najbardziej znanymi bogami Asgardu, to Matthew Laurence postanowił skupić się na innym bóstwie, na bogini miłości, płodności i wojny.

W przypadku tej powieści idealnie sprawdzają się słowa Antona Szandora LaVeya: „To zawsze człowiek tworzył bogów, a nie bogowie tworzyli człowieka”. Sara Vanadi to tytułowa Freja, która żyje w czasach teraźniejszych, podobnie jak i inni bogowie z innych mitologii. Jednak ich kult nie jest już tak rozległy jak kiedyś, a to właśnie dzięki wierze ludzi są w stanie egzystować między nami. Jednak do czego to doszło, że bogowie muszą się ukrywać pod ludzkimi nazwiskami, w ludzkich skórach? Im więcej ludzi w nich wierzy, tym stają się silniejsi… Jednak w XXI wieku naprawdę ciężko o prawdziwych wyznawców. Jednakże istnieje pewna organizacja, która zapewnia bogom popleczników, ale wymaga od nich pewnego poświęcenia… A Freja nie jest gotowa na żadne z nich.

Z przykrością stwierdzam, że to pierwsza książka z motywem mitologicznym, która nie przypadła mi do gustu. Choć jest napisana w bardzo przyjemny sposób i czyta się ją lekko, bez większych komplikacji, to jest w niej zbyt wiele irytujących elementów. Niestety, płynne pióro autora to zdecydowanie za mało. Sam pomysł na fabułę jest nieco oklepany, ale mimo wszystko na tyle dobry, że można go naprawdę ciekawie rozwinąć, na wiele różnych sposobów. Tutaj mamy do czynienia z boginią buntowniczką, która na każdym kroku musi powtarzać, że jest bogiem (trochę jak ten biedny Loki w filmach Marvela, aczkolwiek on przy tym wszystkim bywa zabawny i jednak ciężko go nie kochać). Jakby sama dla siebie potrzebowała poparcia i potwierdzenia, że naprawdę jest starożytną istotą… Chociaż wierzcie mi, bogowie to by się chyba ze śmiechu pokładali, gdyby przeczytali tę książkę i zobaczyli, jak zostali przedstawieni.

Sara, czy też Freja, jest postacią niezwykle irytującą. Podejmowane przez nią działania są pozbawione jakiejkolwiek logiki i sensu, mogłabym napisać, że działa zbyt impulsywnie i pod wpływem chwili, ale to nawet nie do końca tego kwestia. Ta książka jest po prostu niezbyt przemyślana – autor miał pomysł, zaczął pisać, a potem chyba sam nie wiedział, dokąd zmierza. Mamy tutaj coś w stylu akademii X-Menów, z tym, że trafiają tam bogowie i to nie do końca w zgodzie ze swoją wolą. Wszyscy są posłuszni, bo się boją ludzi (serio? Bogowie?), ale oczywiście Freja się buntuje i musi być inna niż wszyscy – jakże by mogło być inaczej. Jednak wciąż usiłuję znaleźć sens tej powieści, jakiś konkretny kierunek, do czego to wszystko zmierza. I to właśnie najbardziej mnie denerwowało w całej historii – niby pojawia się kwestia wykorzystywania bogów, tej dziwacznej organizacji, tego pragnienia odzyskania statusu przez Freję… Ale to wszystko jest takie nijakie.

Zdecydowanie nie jest to książka, która ma na celu dokładne przedstawienie konkretnej mitologii czy zaprezentowanie sylwetek bogów. To tylko lekka inspiracja, chociaż niektórzy mogą uznać, że Freja idealnie nadaje się na boginię – próżna i zbyt dumna, ale ja osobiście bogów postrzegam nieco inaczej. Mylące chwilami może być też to, że pojawia się kwestia wielu różnych bogów, z różnych mitologii, więc panuje tutaj jeden wielki misz-masz. Na plus tej powieści działa dynamiczna akcja, ale z kolei cierpi na tym coś innego – dobre rozbudowanie wątku kolekcjonowania bogów przez tajemniczą organizację. Ogółem wydaje mi się, że gdyby autor mocniej rozwinął pewne elementy fabularne to ta książka mogłaby znacznie więcej zyskać w moich oczach.

Freja to mało wymagająca, typowo rozrywkowa lektura, która nie skłania czytelnika ani do refleksji ani do przeprowadzenia analizy rozgrywających się w niej wydarzeń, choć czasami chciałoby się tutaj znaleźć wielki spisek czy drugie dno. Napisana bardzo lekkim i humorystycznym językiem stanowi tylko i wyłącznie coś, co pozwala się nam oderwać od rzeczywistości, ale nie jest to tego typu historia, która na długo pozostaje w pamięci.

 

Sheti by bookeaterreality dla BG

Recenzja: Freja - Matthew Laurence
2.1Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 0 Głosów