Recenzja: The Kisssing Booth – Beth Reekles

Gdy po ciężkim okresie nauki, przepełnionym podręcznikami, lekturami, nudnymi książkami, których czytanie nawet przez chwilę nie wiązało się z przyjemnością, pojawia się wreszcie okazja na sięgnięcie po bardzo prostą, przesłodzoną i przewidywalną historię, to dlaczego by nie skorzystać? I takie czasem są potrzebne, a na pewno nie ma lepszego leku na zmęczenie!

Co zatem kryje The Kissing Booth (Budka do całowania) Beth Reekles?

Elle można określić mianem najbardziej normalnej amerykańskiej nastolatki: ma swojego najlepszego przyjaciela Lee, chodzi do liceum, angażuje się w życie swojej szkoły. Właśnie w ramach tych działań, mają za zadanie we dwójkę przygotować atrakcję na dobroczynny festyn. Jak się można domyślić po tytule, pada na budkę do całowania, która nie tylko stanowi największą niespodziankę wieczoru, lecz także rozpoczyna bliższą relację między główną bohaterką a Noah Flynnem – starszym bratem Lee. Czy ich związek będzie w stanie zakończyć się happy endem?

Pierwsza uwaga: ta książka nie ma ŻADNYCH zwrotów akcji. Pisząc „zwrot akcji” nawet nie przywołuję na myśl pełnych napięcia, dramatycznych wydarzeń, które pojawiając się nagle, podnoszą trzykrotnie puls czytelnika. Nie. Oczekiwałam przynajmniej przyjemnych niespodzianek wywołujących zaskoczenie. Niestety, fabuła płynie swoim rytmem, nie dopuszczając żadnych zakłóceń, przechodząc do kolejnych, prawie, że dokładnie wymierzonych czasowo etapów relacji damsko-męskiej. Po wspólnej nocy musi pojawić się kryzys, po burzowych chmurach pora na tęczę – któż by to przewidział!

Wciąż nie mogę jednak powiedzieć, że ta powieść mi się nie podobała. Podobała, natomiast jestem w pełni świadoma tego, jaki poziom ona sobą reprezentuje. Już sam tytuł, na dodatek połączony z okładką, daje czytelny sygnał o banalności historii. Ot nastoletni romans i zdecydowanie nic więcej.  Warto tylko wspomnieć, że został napisany przez 17-letnią Brytyjkę, a zatem młodą, debiutującą pisarkę, która, można by rzec: zna temat od podszewki. Co zyskała dzięki temu książka? Myślę, że sporą dawkę swobody będącą najlepszym sprzymierzeńcem lekkich, niewymagających tekstów takich jak ten.

Pomimo wszystkich swoich wad, nie można odbierać Budce do całowania jej uroku, który niewątpliwie przemyca. Właśnie z jego powodu, chociaż dałoby radę przyczepić się… cóż, prawie do wszystkiego, naprawdę nie chcę skupiać się wyłącznie na niedociągnięciach, ponieważ podczas lektury (choć trudno to logicznie wytłumaczyć…) bawiłam się całkiem nieźle! Schematy schematami, brak napięcia swoją drogą, ale niektóre drobnostki, luźne, ale naturalne dialogi bądź chociażby dostrzeganie przemiany Noah z badboya w romantyka-amatora sprawiały, że nie chciałam odkładać tej książki i przymykałam oczy na to, co tego wymagało. Raz się żyje!

The Kissing Booth stanowi idealny przykład typowego guilty pleasure. Nie niesie za sobą żadnych głębszych treści, nie propaguje żadnych wyższych wartości. Ona po prostu umila czas, zabierając te kilka godzin na spędzenie ich w towarzystwie Elle oraz jej rycerza na białym… motorze. A mimo wszystko, w wakacje, gdy za główny cel stawia się odpoczynek, powieść Beth Reekles odnajdzie się znakomicie w plażowej torbie bądź wagonie kolejowym. Warto spróbować!

Limonette :)

Recenzja: The Kisssing Booth - Beth Reekles
3.0Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 1 Głosuj