Recenzja: Wieża świtu – Sarah J. Maas

Znalezione obrazy dla zapytania wieża śwituChoć Wieża świtu miała swoją premierę 18.04, dopiero niedawno udało mi się po nią sięgnąć. Wpływ na to miał między innymi brak czasu, ale głównym powodem był strach. Strach, co Maas znowu wyczyni z Chaolem, którym dosłownie miotała przez te wszystkie części. Jestem chyba w nielicznym gronie, które uwielbiały go od samego początku – tym bardziej możecie wyobrazić sobie moją irytację podczas czytania Królowej cieni. Nie o takiego Chaola walczyłam!

Chaol Westfall i Nesryn Faliq wyruszają w podróż do starego i pięknego miasta Antica. Były kapitan Gwardii Królewskiej ma nadzieję, że któraś ze słynnych uzdrowicielek z Torre Cesme przywróci mu władzę w nogach. Uleczenie to jednak tylko część planu. Oto na tronie zasiada wszechpotężny kagan, którego Chaol ma za zadanie nakłonić do wzięcia udziału w wojnie. Jednak to, co czeka Chaola i obecną kapitan Gwardii Królewskiej Nesryn, przekroczy ich najśmielsze oczekiwania. Kluczem do powodzenia misji może okazać się niepozorna uzdrowicielka Yrene i informacje, które bohaterowie zdobędą podczas pobytu w pałacu.

Chaol jest kompletnie rozbity, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Duża część książki skupia się właśnie na jego leczeniu, dzięki czemu autorka a ogromne pole do popisu na pokazanie zawiłości całego procesu. Tłumaczy jego motywację, działania. Stara się usprawiedliwić, być może nawet sama zrehabilitować. Może dotarło do niej, jak wielką krzywdę mu zrobiła – bo nie oszukujmy się, to jest zwykły człowiek. Przystojny, ale nie niezwykle. Bez wielkiej mocy czy inteligencji; posiada za to instynkt i doświadczenie. Może właśnie dlatego zdobył moją sympatię, nic nie jest w nim za. Mamy również do czynienia z Yrene, którą poznaliśmy w jednej z nowelek. Znowu, jest to kobieta mądra i utalentowana, ale też nie jest boginią. Odnoszę wrażenie, że w tej części Maas trochę przystopowała z robieniem bogów z ludzi. W końcu są niezwykle zwyczajni.

Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o pozostałych bohaterach, choćby Nesryn i Sartaqu. Kapitan Faliq wreszcie wróciła do domu i moi państwo, był to powrót piękny i wzruszający, coś w stylu Aelin i Terrasenu. Nareszcie widzimy, jak ktoś zaczyna doceniać ją jako kobietę, ona sama również poznaje swoją wartość. Sartaq natomiast przypomniał mi trochę Rowana i Rhysanda, czyli przystojnego i wyszczekanego wojownika. To chyba ulubiony typ bohatera Maas. W każdym razie jeśli ktoś nie przepada za Chaolem i Yrene, tą dwójkę na pewno pokocha.

Opowiedzenie o historii i kulturze Południowego Kontynentu było genialnym pomysłem. Poznajemy resztę wykreowanego świata, choć mam wrażenie, że pozostaje jeszcze wiele do odkrycia. Kto wie, może to materiał na kolejną serię?

Tak naprawdę to nie mam pojęcia czy recenzowanie książek Maas ma sens. W końcu we wszystkich opiniach przeczytacie jedno – ona ma po prostu świetny styl i świetne pomysły. To ona jest teraz królową young adult, era Rowling czy Collins już dawno minęła. Jestem pewna, że za trzy czy cztery lata to ona będzie podawana jako tekst kultury na maturach. I w sumie nie ma się czego dziwić, ta kobieta ma zdolność zamieniania słów w prawdziwą magię.

Marta

 

Recenzja: Wieża świtu - Sarah J. Maas
4.9Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 7 Głosów