Przeczytaj wywiad z Aleksandrą Janusz!

fot. Magdalena Gajda-Fudalej

Aleksandra Janusz (właśc. Aleksandra Janusz-Kamińska)

Rocznik 1980, urodzona w Warszawie. Doktor neurobiologii, obecnie pracuje w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie. Debiutowała w Science Fiction 4/2001 opowiadaniem Z akt miasta Farewell, jest autorką powieści Dom wschodzącego słońca oraz trzech tomów serii science fantasy Kroniki rozdartego świataAsystent czarodziejkiUtracona Bretania i Cień Gildii.  Publikowała opowiadania i artykuły publicystyczne w internetowym magazynie Fahrenheit, w magazynie mangi i anime Kawaii oraz w innych czasopismach. Uzależniona od książek, czyta wszystko; nie jest gatunkistką. Zawodowo zajmuje się molekularnymi mechanizmami rozwoju neuronów, pamięci i uczenia się.

 

 

 

Dom Wschodzącego Słońca to twoja debiutancka powieść, w której pewne elementy są przedstawione w zupełnie inny sposób, niż zazwyczaj spotyka się w fantastyce. Skąd czerpałaś inspirację?

Autorka podczas wycieczki do Japonii fot. Aleksandra Janusz

Całe uniwersum Miasta Magów wyrosło na pożywce literatury i kultury późnych lat 90tych i wczesnych ’00. Wśród inspiracji znalazły się powieści Neila Gaimana, ale przede wszystkim jego wcześniejsze dzieło – seria komiksowa Sandman. Widać echa kultowego (to brzydkie słowo, ale oddaje istotę rzeczy) filmu Kruk. Są też ślady anime takich, jak Ghost in the Shell albo serial Ruroni Kenshin. Niektóre pomysły wzięłam ze starego uniwersum Świata Mroku, zresztą miasto Farewell to miał być pierwotnie setting do gry, tylko silnie zmutowało. Od początku cała koncepcja lepiej się nadawała na powieść.

Ja z tych popkulturowych klisz czerpałam pełną garścią i przerabiałam, prowadziłam z nimi dialog. Samo Farewell bardziej przypomina miasto europejskie niż amerykańskie, bo to miała być taka Warszawa a’la Gotham, albo odwrotnie.  W ogóle opracowałam sobie dość wyrafinowaną kosmologię, która chyba nie przeżyła zderzenia z czytelnikami i w nowym wydaniu postarałam się dopowiedzieć tych kilka rzeczy, które budziły wątpliwość (uważałam, żeby nie przesadzić). Ale to bohaterowie zawsze byli najważniejsi.

Czy wzorowałaś się na kimś kreując swoich bohaterów? Może na dalszych lub bliższych znajomych? Może w Twojej głowie siedziały inne postacie literackie?

Przede wszystkim bawiłam się tym, co znałam, ale wykorzystywałam to po swojemu.  Główni bohaterowie dają się opisać za pomocą dwóch-trzech słów, są oparci na wzorcach, które każdy łatwo zidentyfikuje (jak mówi Timothy, to im też pomaga w używaniu magii). Lloyd Dark to czasem troszkę Wolverine, a troszkę Kenshin, Gabriel realizuje wzorzec androgynicznej gwiazdy rocka, postać Timmy’ego jest dość oczywistym nawiązaniem do niedawno zmarłego profesora Hawkinga. Eunice to młodzieżowa antybohaterka – robi wszystko to, czego nastoletnia postać robić nie powinna, prędzej kopnie kogoś glanem, niż ubierze się ładnie, i chyba dużo nie zdradzę, jeśli powiem, że nie zamierza się ugrzecznić.

Ale te sylwetki są wypełnione nieco bardziej realistyczną treścią – każdy z moich magów to człowiek z ludzkimi słabościami i problemami. I tutaj, oczywiście, każdy autor czerpie ze swoich doświadczeń, zasłyszanych dialogów, zaobserwowanych cech charakteru i ludzkich historii. Bierze później takie elementy i układa sobie puzzle.

Muzyka wydaje się być istotnym elementem tej powieści, w sumie nawet sam tytuł przywodzi na myśl zespół The Animals. Dlaczego?

Miałam taką koncepcję, że Dom Wschodzącego Słońca to jest coś pomiędzy powieścią, komiksem, a operą rockową. Wspominałam już, że trochę za bardzo zamieszałam? Kiedy wróciłam do powieści z okazji nowego wydania, chciałam na początku wyrzucić wszystkie piosenki, ale ostatecznie nie były bardzo złe, więc wycięłam albo zastąpiłam nowymi tylko kilka. To nie musi być sztuka wysoka, piosenki rockowe zwykle nią nie są, nie chciałam tylko, żeby zgrzytało. Mandala już nie zawiera piosenek, to był pomysł na raz, nie należy powtarzać tego samego dowcipu.

Czy muzyka pomaga Ci w codziennym życiu, słuchasz jej w trakcie pisania? Jakie są Twoje ulubione zespoły?

Słucham muzyki dla starych ludzi – Queen, T-Rex, Iron Maiden, a z mniej znanych zespołów rockowych takich jak The Darkness – oni są akurat młodzi, ale stylistycznie niewiele się od nich różną. Moją ulubioną wokalistką jest Annie Lennox, uważam ją za giganta muzyki pop, artystkę niesłusznie przyćmioną przez rówieśników (którzy w przeważającej większości już nie żyją, a ona nadal koncertuje). Na zmianę z dinozaurzym rockiem słucham także muzyki progresywnej takiej, jak utwory Kate Bush, i instrumentalnej – Mike Oldfield rzeczywiście się nie starzeje.  Tyle, że to jest bardziej ucieczka w przeszłość, niż w przyszłość, bo to są ulubieni artyści pokolenia starszego ode mnie o dekadę. Kiedy zupełnie przesiądę się na jazz, proszę posadzić orchidee na moim grobie.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawy, zdarza mi się słuchać ścieżek dźwiękowych do anime – zarówno starszych jak i nowszych – oraz znam na pamięć większość piosenek Disneja. Zdarza się jakiś zbłąkany hicior pop. Moje playlisty wyglądają czasem bardzo dziwnie.

Z polskich zespołów punkowych cenię sobie Pidżamę Porno, z amerykańskich Green Day, ja wiem, mainstream i komercja, ale dobrze grają. Gdzieś na obrzeżach moich zainteresowań znajdują się zespoły, których mogłaby słuchać Eunice, zarówno mniej mainsteamowy punk amerykański jak i polski, ale to nie jest coś, czym się żywię.

W trakcie lektury rzuciły mi się  w oczy szybkie nawiązania do Harry’ego Pottera czy Gwiezdnych Wojen. Lubisz te serie?

W Domu Wschodzącego Słońca znajduje się znacznie więcej nawiązań popkulturowych. Te są rozpoznawalne na pierwszy rzut oka. Każdy je zna, każdy widział albo czytał, a jeżeli nawet nie widział i nie czytał, i tak będzie wiedział, o co chodzi. Obydwa uniwersa są fajne, przyjemne i miło mi do nich wracać (w przypadku GW również w formie gier fabularnych). Z pewną złośliwością obserwowałam także, z jakim oburzeniem fani przyjęli nową trylogię, która krok po kroku dekonstruuje mitologię tej oryginalnej. Natomiast nie jestem zagorzałą fanką. Mam w domu zagorzałego fana Gwiezdnych Wojen i wiem, na czym polega różnica.

Przyszła pora na stałe pytanie: jakich autorów/powieści cenisz sobie najbardziej?

Nie mam długiej stałej listy ulubionych, bo wciąż pojawiają się nowi, a starzy czasami z niej wypadają. Na potrzeby tego wywiadu wymienię raczej twórców fantastyki, żeby było trochę prościej. Na pewno niezmiennie cenię J.R.R. Tolkiena i Ursulę K. Le Guin, zresztą niedawno zaczęłam odkrywać jej nieprzetłumaczoną publicystykę i uważam, że gdyby to przełożyć na polski, byłaby bomba i rewolucja. Mam też słabość do twórców science fiction Srebrnej Ery, takich jak Clifford Simak, Isaac Asimov, Ray Bradbury. Z nowszych autorów polecam Ann Leckie i N.K. Jemisin, z urban fantasy na pewno V.E. Schwab (ja już nie łapię, ile ta autorka ma pseudonimów), z niesłusznie zapomnianych cykl o Matthew Smithu autorstwa Kate Griffin. Przyznaję się do czytania Brandona Sandersona, chociaż czasem mnie wkurza.  Udało mi się przeczytać swego czasu tony fantastyki przygodowej lepszej lub gorszej, Belgariadę, Świat czarownic itp. Z tych właśnie inspiracji często a gęsto korzystałam tworząc mój drugi cykl, Kroniki Rozdartego Świata.

Z polskich pisarzy właściwie wychowałam się na cyklu o Tkaczu Iluzji Ewy Białołęckiej. W okresie gdy tworzyłam miasto Farewell byłam też zafascynowana twórczością Agnieszki Hałas, chociaż jednocześnie jej zazdrościłam wielkiego talentu. Nieustannie pozostaję pod wrażeniem powieści Krzysztofa Piskorskiego, porównałabym go trochę do Guya Gavriela Kaya – alternatywna historia plus fantastyka. Z lżejszych lektur polecam Martę Kisiel, nie dość, że to jest zabawne, to jeszcze językowo pierwsza klasa (autorka się odgraża, że jej nowa powieść dla dorosłych Toń wcale nie jest lekka, też z chęcią sprawdzę). Polecam sprawdzić.

Co mogę powiedzieć – było tego sporo i jutro zapewne podałabym inny zestaw autorów.

Czy chciałabyś kiedyś spróbować swoich sił w innym gatunku literackim?

Jeśli chodzi o podgatunki fantastyki, robię to nawet całkiem aktywnie. Piszę przygodowe powieści z serii Kroniki Rozdartego Świata  – to takie „science fantasy”, nieco trudniejsze, niż cykl Miasto Magów.  Mam kilka pomysłów na opowiadania science-fiction i na powieść historyczną, tylko czasu brak. Trzeba wybierać.

Od razu chciałabym jasno powiedzieć, że nie uważam, że poważny autor powinien „wyrastać” z fantastyki, więc jeśli się zapędzę do innego gatunku, nie należy tego traktować jak deklaracji trwałej zmiany.  Za pomocą narzędzi, które daje fantastyka, można opowiedzieć inne historie, niż w przypadku literatury realistycznej, wrzucić wyobraźnię na piąty bieg i namalować zupełnie inne, obce krajobrazy.

Biurko autorki :) fot. Aleksandra Janusz

Co wypełnia Twoje dni poza byciem pisarką?

Jak każdy człowiek jem i śpię, poza tym chodzę do pracy. Jeśli wziąć pod uwagę inwestycję czasu i energii, bardziej jestem piszącą badaczką, niż pisarką. Czytam książki, czasami idę do kina albo gram w gry fabularne. Lubię też komputerowe gry strategiczne. Kiedy zaczyna się robić ciepło, jeżdżę na rowerze po Lesie Kabackim.

Z wykształcenia jesteś biologiem molekularnym (możemy sobie podać ręce!) i doktorem neurobiologii. Sama wiem, że nie jest to łatwa praca, czasochłonna, ale i na swój sposób uzależniająca. Jak znajdujesz czas na pogodzenie tego z miłością do literatury?

Przeważnie nie znajduję. Czas na pisanie wycina się ze snu, z rozrywek, ze spotkań towarzyskich. „Piszę” także idąc do pracy – trasa biegnąca od Pola Mokotowskiego do ulicy Trojdena zajmuje około dwudziestu pięciu minut marszu i w tym czasie można wiele wymyślić. Później trzeba tylko znaleźć dwie lub trzy godziny, żeby to, co napisałam w głowie, przelać na papier. Po wejściu do pracowni świat powieściowy zostawiam za sobą i skupiam się na eksperymentach. Czasem myślę też o literaturze podczas przerwy na obiad – o ile nie opracowuję w myślach kolejnego eksperymentu. Zmiana biegów bywa trudna, zwłaszcza, że mam zwyczaj zatapiania się bardzo głęboko w temacie, któremu się poświęcam. Ale badania naukowe mają pewien cykl – przygotowywania projektu, tworzenia i powtarzania, i własna twórczość też przebiega w cyklach, we właściwych okolicznościach można złapać rytm i nim iść. Mimo to praca naukowa, zwłaszcza na późniejszym etapie kariery, jest bardzo wymagająca nawet jeśli nie mamy żadnego czasochłonnego hobby i trzeba to lubić, żeby dać sobie radę ze wszystkimi jej ciemnymi stronami. Więc od razu ostrzegam: jest ciężko, nie próbujcie tego w domu.

Dziękuję za wywiad i życzę Ci wszystkiego dobrego! Chciałabyś jeszcze na koniec coś przekazać swoim czytelnikom?

Pamiętajcie o tym, że świat jest otwarty i nie dajcie go sobie zamknąć.