Recenzja: Kłamczucha – E. Lockhart

Gdy tylko dowiedziałam się, że na rynku wydawniczym pojawi się nowa powieść E. Lockhart, byłam bardzo rozemocjonowana. Bardzo dobrze wspominam pierwszą książkę tej autorki, która pojawiła się w naszym kraju, Byliśmy łgarzami. Miała ona niesamowity klimat i wierzcie mi, że do tej pory mam w głowie tę historię. Nie jest to jedna z moich ulubionych lektur, ale jednak w jakiś sposób ze mną pozostała. Z ogromną radością sięgnęłam więc po Kłamczuchę, ale chyba w tym przypadku nie było tak dobrze, jak w poprzednim…

Kłamczucha to książka, którą czytamy od tyłu. A właściwie… nie wiem, czy to dobre sformułowanie, ale chyba najbardziej trafne. Zaczynamy praktycznie od końcowego rozdziału i cofamy się w przeszłość, aby zrozumieć, dlaczego główna bohaterka znalazła się tam, gdzie si ę znalazła. Co ją do tego doprowadziło, co się wydarzyło, dlaczego musi uciekać. W trakcie lektury czułam lekkie zdezorientowanie, właściwie towarzyszyło mi ono od początku do końca i do tej pory sama nie wiem, czy dobrze zrozumiałam tę powieść. Lockhart ma dosyć specyficzny styl, o czym przekonałam się już w przypadku jej poprzedniej powieści, ale wtedy było mi się nieco łatwiej odnaleźć w proponowanej przez nią historii. Tutaj było trudniej.

Główną bohaterką jest Jule West Williams. Dziewczyna, która wierzy w to, że musi być silna i twarda, nie może okazywać emocji, nie może pokazać, że ma serce, nie może się zakochać, musi walczyć. Właściwie dosyć przepadam za tego typu postaciami, jednak Jule wydała mi się być nieco inna. Tak, jest silna i stale ucieka, ale coś mi w niej do końca nie pasowało. Jakby autorka nie zaprezentowała całkowicie jej charakteru. Tuż obok Jule pojawia się jej najlepsza przyjaciółka, Imogen Sokoloff. Dziedziczka ogromnej fortuny i zagubiona sierota. Dziewczyny rozumieją się niemal bez słów, ale jednak wiele je różni…

Muszę przyznać, że czuję się rozczarowana tym, że w momencie odkryłam sedno całej historii. Było ono naprawdę przewidywalne i po prostu byłam pewna, że moje przypuszczenia, co do losów Jule i Imogen okażą się być poprawne. I tak też było. Nie mam jednak pojęcia, w jaki sposób ustosunkować się do innych elementów tej powieści, a przede wszystkim do tego, że czytałam ją jakby przez mgłę. I chyba tym razem nie jest to kwestia stylu autorki, tylko czegoś innego. Nie mogłam się całkowicie wczuć w zaprezentowaną tutaj opowieść. Nie przepadam też za książkami, które się czyta od tyłu – wiem, że to dosyć innowacyjne podejście i niektórzy autorzy się na nie porywają, ale ani razu to jeszcze do mnie nie przemówiło. Problem mam też z samą fabułą – pomijając fakt, że przewidziałam zakończenie tej historii i jej główny problem, to po prostu brakuje tutaj napięcia i zwrotów akcji. Właściwie nie dzieje się tutaj nic konkretnego, wszystko jest takie banalne.

Ciężko jest też rozpracować bohaterów tej książki. Być może taki był zamysł autorki, ale właściwie mamy tylko ich ogólny zarys. Wiemy, kim są, gdzie mieszkają i co robią, ale nie mamy okazji dokładniej zagłębić się w ich myśli. Ta książka nie wprowadza nic nowego do literatury, bowiem pojawiają się tutaj oklepane motywy – stąd prawdopodobnie ta przewidywalność, a szkoda. Wydawało mi się, że E. Lockhart potrafi zaskoczyć, ale Kłamczucha jest chyba jej lekkim niewypałem.

Sheti by BookeaterReality dla BG

 

Recenzja: Kłamczucha - E. Lockhart
2.5Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 2 Głosów