Recenzja: Pryncypium – Melissa Darwood

Z twórczością Melissy Darwood spotkałam się kilka lat temu, kiedy to sięgnęłam po romans paranormalny w jej wydaniu o nazwie Larista. Wtedy jeszcze panował szał na powieści tego typu, ale powoli zbliżał się ku końcowi. Choć należę do fanek tego gatunku, to niestety Larista ogromnie mnie rozczarowała – na tyle mocno, że nie miałam ochoty dalej zapoznawać się z innymi książkami tej autorki. Trwałam w swoim przekonaniu przez długi czas, ale jakoś dziwnym trafem w moje ręce trafiło Pryncypium. No dobra, czemu nie? Przecież każdy zasługuje na drugą szansę, prawda?

Niestety, Pryncypium bardzo przypominało mi Laristę. Nie wiem, czy możemy tutaj mówić o romansie paranormalnym, chociaż wydaje mi się, że będzie to dosyć dobre sformułowanie. Główną bohaterką jest młoda, ciężko pracująca studentka, Aniela. Dziewczyna przyjechała ze wsi do wielkiego miasta i robi wszystko, aby pomóc pozostającym w gospodarstwie matce i bratu. Zarywa nocki, chwyta się każdej pracy, byle zarobić trochę pieniędzy, które mogłaby im przekazać. To niezwykle ludzkie dziewczę o dobrym sercu, które natrafia na typowego, aroganckiego, bogatego dupka. Brzmi jak Grey… Właściwie to to jest taki Grey, tylko z wątkiem paranormalnym. I chociaż doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wiele kobiet pokocha tę historię, o ile już tego nie zrobiło, to do mnie ona nie przemówiła. Zupełnie.

Nie ukrywam, że sam pomysł autorki na wprowadzenie do tej historii Laufrów, zasad Pryncypium i całej reszty był naprawdę dobry. Mamy tutaj do czynienia ze starożytną, tajną organizacją, która strzeże wiedzy o Nominach. Nomen to nasze imię, Lokum to ciało, a Ipsum to psychika. Te trzy rzeczy składają się na całość tego, kim jesteśmy. A główny bohater powieści jest Laufrem, istotą pilnującą Nomenów, poddającą się zabiegowi septyki, czyli pozbawiania uczuć. Sam motyw jest naprawdę interesujący, ma ogromny potencjał, który niestety nie został odpowiednio wykorzystany. Główne skrzypce gra oczywiście romans, niezwykle kulejący romans. Ona zagubiona i dobra, on bezduszny i arogancki. Dzieli ich wszystko, ale lgną do siebie jak dwie połówki jabłka. Nie lubię, kiedy „miłość” przyćmiewa całą powieść. Może stanowić piękny dodatek do konkretnej historii z elementami fantastyki, ale gdy wszystko inne znika, bowiem najważniejsze jest to, że ona go pragnie, ale nienawidzi, on jej pragnie, ale nie może z nią być, staje się to raczej straszne.

Pomysł z lauframi i septyką naprawdę mogę zaliczyć na plus, podobnie jak styl i język autorki, bowiem książkę czyta się szybko i lekko, a słownictwo raczej nie razi w oczy. Autorka w dobry sposób kreuje również bohaterów – ich podstawowe cechy są bardzo uwydatnione. Niestety, sama fabuła była dla mnie wyjątkowo męcząca. Chwilami można było się pośmiać, ale jeżeli liczycie na złożoną powieść, to powinniście szukać gdzie indziej. Tutaj wszystko rozgrywa się bardzo szybko, przez co chwilami nie mamy pojęcia, o co tak naprawdę chodzi z darem Zoltana (pomijam fakt dziwacznego imienia, do którego nie mogłam się przyzwyczaić od początku do końca). I w ogóle jak to możliwe, że jest on członkiem tajnej organizacji, skoro jego przyjaciel rozpowiada o tym na prawo i lewo? Bo oczywiście Aniela ma być tą, która go uratuje. Całość wydała mi się bardzo przewidywalna, mało poruszająca, nie wnosząca nic nowego do kanonu literatury. Dodatkowo panuje tutaj taki dziwny klimat, powiedziałabym wręcz, że swojski. Melissa Darwood dosyć mocno skupiła się na przedstawieniu wiejskiego pochodzenia Anieli – porody owiec, zbieranie truskawek, wiejskie kobiety. Mnie to nie przekonuje. A do tego wszystkiego nagle pojawia się mroczny, nikczemny i nieziemsko przystojny Laufer. Wielka miłość, namiętność, dzieci i te sprawy. Dla mnie za szybko i za dużo.

Pryncypium jest powieścią, która może i ma dobre strony, natomiast do mnie zupełnie nie trafiła. Czy mnie rozczarowała? Tego napisać nie mogę, bowiem mając w głowie Laristę nie miałam zbyt wysokich oczekiwań. Ta książka skierowana jest raczej do tych kobiet (płci przeciwnej nie polecam), które lubują się w prostych romansach, w Greyu czy tym podobnych klimatach. Mogę też wnioskować, że fanki autorki będą usatysfakcjonowane tą historią, choć pewności nie mam, powiem mnie z twórczością Melissy Darwood jest wyjątkowo nie po drodze. Preferuję raczej bardziej rozwinięte i konkretne historie, które bardziej angażują czytelnika pod kątem umysłowym i emocjonalnym. To prosta i szablonowa historia, w której na uwagę zasługuje tylko motyw Laufrów i Pryncypium. Można go było naprawdę ciekawie rozwinąć, ale poległ w obliczu niepoprawnego romansu. Ciężko mi wystawić ocenę, bowiem zdaję sobie sprawę z tego, że znajdzie się spore grono czytelniczek zadowolonych z tej powieści. Ja do nich po prostu nie należę, bo wolę inne klimaty. Decyzję o tym, czy powinniście po tę powieść sięgnąć, pozostawiam Wam.

 

Sheti by bookeaterreality dla BG

 

Recenzja: Pryncypium - Melissa Darwood
2.2Wynik ogólny
Świat przedstawiony
Kreacja bohaterów
Oryginalność fabuły
Styl pisania
Ogólne wrażenie
Ocena czytelników 7 Głosów