„Malfetto. Mroczne piętno” od Marie Lu – recenzja

22 kwiecień

22 kwiecień

„Malfetto. Mroczne piętno” to książka, która zapowiadała się naprawdę niesamowicie. Nie miałam jeszcze okazji do zapoznania się z twórczością Marie Lu, chociaż jej trylogia „Legenda” czeka na półce już od jakiegoś czasu. Tyle czekała, że w końcu wyszło na to, że swoją przygodę z tą autorką zaczęłam od zupełnie innej serii niż chciałam. Jednak zapowiedź „Malfetto” była nad wyraz obiecująca, dlatego nie wzbraniałam się przed taką koleją rzeczy.

Ci, którzy przeżyli zarazę, zostali naznaczeni. Pozostawiła ona na nich swoje piętno, które sprawia, że są traktowani jako wyrzutki. Społeczeństwo nazywa ich malfetto, odmieńcy, którzy niszczą dobre imię swoich rodzin i zagrażają innym ludziom. Są tacy, którzy się ich boją. Są tacy, którzy na nic polują. Jednak są też tacy, którzy uznają ich za dzieci Bogów, zesłane na ziemię, aby przejąć władzę. Adelina Amouteru jest jedną z malfetto, traktowana przez ojca jako bezużyteczna córka. Po kilkunastu latach dziewczyna ma w końcu dość życia z nim pod jednym dachem, strach i nienawiść jakie zbierały się w niej przez lata znajdują drogę ucieczki. I wtedy okazuje się, że Adelina jest naznaczona Mrocznyn Piętnem.

„Malfetto. Mroczne piętno” jest tak naprawdę historią trójki młodych ludzi, chociaż to Adelina gra główne skrzypce. To z jej perspektywy poznajemy całą historię a pierwszoosobowa narracja umożliwia lepsze wczucie się w sytuację głównej bohaterki. Dzięki temu można zrozumieć, co nią kieruje, co siedzi w jej głowie i z jakim trudem przychodzi jej podejmowanie niektórych decyzji. Jednak kreacja Adeliny nie jest na tyle dobra, aby zrobić to całkowicie. Otrzymujemy zarys jej charakteru i osobowości, ale zdecydowanie czegoś mi w niej brakowało. Takiej wewnętrznej iskry, która w końcu rozbłysnęłaby pięknym, jasnym światłem. Jak na bohaterkę o takim darze, wydawała mi się po prostu zbyt słaba, aby sobie z nim poradzić.

Z jej losem wiąże się również historia przywódcy Bractwa Sztyletu zrzeszającego malfetto obdarzonych Mrocznym Piętnem oraz historia młodego Inkwizytora, który na nich poluje. Nie mogę zaprzeczyć, że rozwój wydarzeń jest chronologiczny i układa się w logiczną całość. Historia toczy się swoim rytmem, a tempo akcji jest umiarkowane przez całą powieść – i w tym chyba tkwi problem. Taka jednolitość sprawia, że w czytelniku mało co się pobudza – ani wyobraźnia, ani ciekawość. Marie Lu średnio wyszło budowanie jakiegokolwiek napięcia, a naprawdę było sporo potencjalnych okazji, w których można to było wykorzystać.

Autorka jednak dosyć dobrze poradziła sobie z przedstawieniem świata, w którym przyszło żyć Adelinie i reszcie malfetto. Stworzyła charakterystyczny klimat i atmosferę, nie bała się uśmiercać niektórych bohaterów, chociaż rozlewu krwi tutaj nie doświadczycie. Słabo wypadają również relacje między bohaterami, najlepiej widoczną i odczuwalną jest chyba ta pomiędzy Adeliną i jej siostrą, ale cała reszta wypada słabo. Teoretycznie zapowiadało się na romans, ale czy rzeczywiście miał on miejsce? Moim zdaniem nie. Romans to zdecydowanie zbyt duże słowo, o miłości już nie wspominając.

Nowa powieść autorki „Legendy” wypada dobrze, ale nic ponad to. Ma w sobie ogromny potencjał i można liczyć jedynie na to, że autorka jeszcze go rozwinie i pójdzie w dobrą stronę. Lepsza kreacja bohaterów i odpowiednie stopniowanie napięcia z pewnością obroniłyby tę pozycję w moich oczach i oceniłabym ją wyżej, jednak czuję niedosyt i wciąż mam wrażenie, że ta historia jest niepełna i czegoś jej brakuje. Dlatego wystawiam 4/6 i pozostaje mi tylko czekać, aby się przekonać, czy Marie Lu tworzy godną kontynuację.

Sheti by bookeaterreality dla BG