„Maybe Someday” od Colleen Hoover – recenzja przedpremierowa

18 maj

18 maj

On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać. Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin. Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…

Colleen Hoover jest pisarką, z której twórczością znam się nie od dziś. Nie przesadzę, mówiąc, że Hopeless, czy też Pułapka uczuć zauroczyły mnie do tego stopnia, że na długie dni pozbawiły mnie spokojnego snu (i to wcale nie jest wadą). Dlatego też, kiedy nadarzyła się okazja, by poznać losy bohaterów kolejnej z książek pani Hoover, nie wahałam się ani chwili.

Sydney to młoda dziewczyna, której świat właśnie zawalił się na głowę. Pozostawiona w strugach deszczu bez miejsca do spania, bez pracy i bez najbliższych przyjaciół, myśli, że jej życie właśnie się skończyło. Wtedy na jej drodze staje on – Ridge – chłopak z sąsiedztwa, którego muzyka tak bardzo zawładnęła sercem Sydney. Wyjątkowy chłopak z ogromnym talentem, którego utworom jednak brakuje tekstów. Razem postanawiają stworzyć duet, a co z tego wynika, przerasta ich najśmielsze oczekiwania.

Maybe Someday jest książką inne niż wszystkie, jakie miałam okazję czytać do tej pory. Jak sama Colleen pisze na wstępie, jest to pewnego rodzaju eksperyment. Połączenie literatury z muzyką, której słuchając, możemy poczuć się tak, jakbyśmy byli częścią historii Ridga i Syd. I muszę przyznać, że wyniki tego eksperymentu są rewelacyjne. Utwory stworzone przez Griffina Petersona trafiają prosto w serce i oddają charakter powieści, przez co nasza literacka podróż jest niesamowitą przygodą.

Colleen Hoover jak zwykle zachwyciła mnie kreacją bohaterów, nie tylko tych pierwszoplanowych. Sydney i Ridge to para bohaterów, których losy poznajemy z ich punktu widzenia, gdyż prowadzą narrację naprzemiennie. Dzięki temu doświadczamy ich uczuć i rozterek emocjonalnych, a także możemy ich poznać bliżej, niż gdyby narracja prowadzona była z punktu widzenia tylko jednej z postaci. Choć na pierwszy rzut oka, Sydney i Ridge nie różnią się niczym szczególnym od innych, znanych nam postaci literackich, wraz z poznawaniem ich historii, przekonujemy się, że są oni bardzo wyjątkowi. Drugoplanowe postaci, takie jak Bridgette, Warren, a szczególnie Maggie, pomimo różniących się od siebie charakterów, wzbudzają ogromną sympatię czytelnika.

Colleen Hoover w Maybe Someday bawi się naszymi uczuciami. Skłania nas do śmiechu, by za chwilę pogrążyć nas w smutku, żalu czy niepokoju. W wielu sytuacjach niemalże zmusza nas do tego, byśmy dokonali wyboru, byśmy określili swoje uczucia względem bohaterów i stanęli po jednej ze stron. A to wcale nie jest najłatwiejsze zadanie. Jest takim Nicolasem Sparksem w żeńskim wydaniu.

Świata przedstawionego w Maybe Someday w zasadzie nie ma. Praktycznie wszystko, z nielicznymi odstępstwami, skupia się wokół jednego miejsca – mieszkania Ridga. I choć w wielu powieściach taki zabieg by mi przeszkadzał, tak tutaj tego się nie odczuwa. Nie potrzeba nam innych lokacji – niewielka przestrzeń w zupełności wystarcza, byśmy doświadczyli ogromu uczuć, jakimi zostajemy zalani.

Nie oczekujcie banalnej, lekkiej historii miłosnej. Przygotujcie się na historię, która przejdzie przez was jak tsunami, rozbije wasze serca na miliony małych kawałeczków, a na końcu, gdy wzejdzie słońce, pozwoli wam je na powrót skleić. Wystawiam ocenę 6/6 i z niecierpliwością oczekuję kolejnych przekładów powieści Colleen Hoover.

by Ronnica