„Skrawki błękitu” od Loisy Lowry – recenzja

skrawki-blekituBŁĘKITNY PATCHWORK

Biorąc pod uwagę fakt, iż Dawca  s k o m p o n o w a n y został w oparciu o zmysł słuchu, a treść Skrawków błękitu dosłownie  s n u j e  s i ę, przypominając sobą przenikającą przez palce głównej bohaterki nić, można by powiedzieć, że twórczość Lois Lowry jest do bólu sensualna. Wrażenie to potęguje dodatkowo myśl przewodnia powieści, którą Kira – prymarna dla historii postać – zdaje się powtarzać jak mantrę: „Bądź dumna ze swego bólu […]. – Jesteś silniejsza od tych, którzy go nie zaznali”. Wszelka zmysłowość kolejny już raz staje się jednak dla autorki Skrawków… jedynie pretekstem do refleksji nad współzależnością duszy i ciała, w szczególności zaś nad efektami Golema i Galatei, czyli apriorycznym doprawianiu skrzydeł bądź rogów świeżo poznanym osobom; nad piętnem kalectwa skrywającym piękno człowieczego wnętrza i sytuacji odwrotnej – duchowej szpetności ukrytej pod złudną maską urody; jednym słowem – nad zawiłością ludzkich umysłów i cielesnej grze pozorów.

Jestem w pełni świadomy tego, że brzmię przynajmniej tak, jakbym rozpatrywał postać Jamesa Bonda w kategoriach ontycznych albo ogłaszał go współczesnym wcieleniem nieprzebłagalnego Tanatosa, niemniej naprawdę uważam, że z książki Lowry można wyłuskać parę ładnych myśli. Historia Kiry – kalekiej sieroty, która stara się przetrwać w pełnej uprzedzeń społeczności dzięki swemu unikalnemu talentowi – jest bowiem nie tylko zręcznie napisaną opowieścią, lecz także świetnie ujętą definicją determinacji czy inności. Główna bohaterka raz za razem udowadnia nam, że można osiągnąć wiele mimo przywar i defektów fizycznych, i że odmienność wcale nie pociąga za sobą społecznej deklasacji, lecz wręcz przeciwnie – odpowiednio wykorzystana może przyczynić się do uzyskania przez nas statusu jednostki ponadprzeciętnej.

Warto również nadmienić, iż Skrawki… nie mają w zasadzie z Dawcą zbyt wiele wspólnego. Owszem, teoretycznie to kolejna część Kwartetu, jednak sieć powiązań fabularnych ograniczona została w tym przypadku do czterech krótkich zdań z końcowego rozdziału powieści, będących – śmiem przypuszczać – swoistą zapowiedzią rychłego skrzyżowania się losów Kiry i Jonasza.

Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak czekać, aż bohaterowie Lois Lowry wreszcie wejdą sobie w drogę. Czekać, odczuwając charakterystyczny dla twórczości rzeczonej autorki niepokój. Odnosząc nieodparte wrażenie, że coś w tym wszystkim jest nie takie, jak być powinno, i bezskutecznie próbując określić jej dziwny, nieokreślony świat.

by Francuz