Ta książka jest po prostu pełna emocji… – recenzja „Ostatnia spowiedź. Tom 3”

Premiera: październik 2014

Wiedziałam, że w końcu nastąpi ten dzień, w którym zatopię się w lekturze trzeciego tomu „Ostatniej spowiedzi”. Wiedziałam, że to będzie moje ostatnie spotkanie z tymi bohaterami i z historią, która zapadła mi w pamięci już od samego początku. Nie wiedziałam, że mimo wszystkich moich niechęci do wątków, które pani Reichter wprowadziła, poczuję się rozbita na kawałki.

Show-biznes nigdy nie sprzyja miłości, zwłaszcza gdy jest w niego zaangażowana tylko jedna strona związku. Bradina nadal zobowiązują umowy i musi trzymać się pewnych ustaleń, aby zespół Bitter Grace się nie rozpadł. Media wychwycą wszystko, wyciągną najgorsze brudy z przeszłości, a na to nie można pozwolić. Alle i Brade są razem naprawdę szczęśliwi, dlaczego miałoby się to skończyć? Jednak życie jest bezwzględne, a przed nimi kolejne próby. Czy je przetrwają? Tego nie wiedzą nawet oni sami. Czy ich miłość będzie trwać wiecznie? Tego nie wie nikt…

Pamiętam, że pierwszy tom naprawdę mi się spodobał. Dobrze się czytało, wciągnęło mnie i nawet to, że twórczość Niny Reichter jest typowym romansem nie była w stanie mnie zniechęcić. Sama się sobie dziwiłam, że książka tego typu do mnie przemówiła. Ba! Ja nadal się temu dziwię. Zakończenie drugiego tomu nie nastrajało mnie pozytywnie – wiedziałam, że autorka obierze dalej kierunek rodziny, małżeństwa, dzieci… To nigdy nie było coś, co mnie pociągało – nie tylko w książkach. I gdy tylko w moje ręce trafiały książki, gdzie dochodziło do takiego obrotu spraw, czułam się lekko zawiedziona, znudzona i zniechęcona. W przypadku „Ostatniej spowiedzi” jest zupełnie inaczej. Doskonale zdaję sobie sprawę tego, że takie rzeczy są na porządku dziennym, ale nigdy nie rozumiałam fascynacji nimi. Ta książka tego nie zmieniła, ale autorka w tak emocjonalnym sposób przedstawiła każde zdarzenie, że naprawdę ciężko mi było to zlekceważyć.

Ta książka jest po prostu pełna emocji – smutku, radości, rozpaczy, bólu, szczęścia i nadziei. To po prostu bomba, a właściwie cała rodzina bomb – każda jedna mała wybucha co jakiś czas, a już w punkcie kulminacyjnym przychodzi na największy wybuch, który nie pozostawia na nas suchej nitki. Rozbija nas na najmniejsze kawałki. Książka powinna nas poruszać, a tutaj jest to wręcz namacalne – lecące po policzkach łzy to bonus dołączany do każdej powieści Niny Reichter. Po pewnym czasie nawet przestałam je powstrzymywać, bo po co?

I przyznam szczerze, że myślałam, iż autorka nie zaskoczy mnie niczym. Naprawdę spodziewałam się takiego typowego ckliwego romansu, który mnie całkowicie zniechęci do tej historii. Myliłam się. Może trochę cnotliwych scen jest, ale widać, że uczucia pomiędzy bohaterami – te, które się już narodziły i te, które są w trakcie – są głębokie, realne i rzeczywiste aż do bólu. I mimo, że Allie nie jest postacią, do której zapałałam sympatią, tak naprawdę chciałam jej szczęścia. Chociaż jej zachowanie chwilami sprawiało, że najchętniej bym nią potrząsnęła, to gdzieś tam w środku mnie istnieje jakaś mała iskierka, która potrafi ją zrozumieć.

I może niektórzy stwierdzą, że  ta historia jest banalna, schematyczna i nie wnosi nic nowego do literatury, tak mnie się po prostu podobała. Sama jestem zaskoczona, że potrafiłam się tutaj odnaleźć, ale co zrobić – co się stało, to się nie odstanie. Nina Reichter pisze w piękny, charakterystyczny dla siebie sposób. Stosowane przez nią zabiegi stylistyczne jeszcze bardziej pogłębiają powagę i sens panujących w tej książce uczuć. Czy jestem zadowolona z zakończenia? I tak i nie. Właściwie nie wiem, czego oczekiwałam, ale wszystko potoczyło się tak szybko, że chyba jeszcze nie do końca pewne rzeczy do mnie dotarły. Jednakże całą trylogię Niny Reichter polecam, bowiem jest to opowieść, która na długo pozostanie w mojej pamięci. Wystawiam 5+/6.

Sheti by sheti-shetani