Recenzja: Dawca – Lois Lowry

dawca
Melodia ulotna

Największym paradoksem książki Lowry jest to, że mimo swej niebywałej muzyczności nijak się ona w gruncie rzeczy muzyki jako takiej nie ima. Muzyka bowiem w ogóle nie ma w świecie Dawcy prawa bytu. Jest przecież tworem ludzkiego umysłu, a wszystko, co twórcze i co ludzkie jest – zdaniem osiedlowej starszyzny – bezdyskusyjnie złe. Człowiek to tylko pionek poruszający się po czarno-białej szachownicy zgodnie z zarezerwowanym dla niego schematem kroków i zachowań. Człowiek to tylko brak człowieka. To tylko żywe truchło zgrupowane w zawodowych kręgach i nieudolnie przypominających rodziny komórkach. To tylko jedna z wielu lalek umieszczona w jednym z wielu domków na jednej z wielu miejskich makiet.

Pseudoutopijne pseudomiasteczko, nad którym oko wszystkowiedzącego narratora zawiesiła Lowry, nie ma w sobie niczego z efekciarskich futurystycznych metropolii. Ludzkie ciała jeżdżą tutaj na rowerach i spacerują po parkowych trawnikach dokładnie tak, jak i 20 lat temu, czyli w czasie powstawania historii dwunastoletniego Jonasza. W tym nienazwanym papierowym mieście dzieci normalnie uczęszczają do szkoły, a dorośli nie mniej zwyczajnie poświęcają się pracy. Pracuje tutaj rzecz jasna każdy. Każdy też jest uprzejmy i posłuszny. Każdy z zadowoleniem przyjmuje wyznaczane dla niego w trakcie ceremonii dwunastolatków miejsce, i każdy entuzjastycznie uczestniczy w wieczornych, niby-rodzinnych konfesjach, podczas których wraz z pozostałymi członkami swojej komórki analizuje naprędce własne odczucia wobec innych. Odczucia nie mające, oczywiście, wiele wspólnego z prawdziwymi uczuciami.

Gdzieś w tym wszystkim znajduje się zaś Jonasz. Jonasz, który już od pierwszego zdania powieści zaczyna się zastanawiać, czy to on jest nie-halo, czy to ze społecznością, w której przyszło mu żyć jest coś nie tak. Jonasz, który widzi więcej niż inni, toteż przekraczając próg dorosłości nie zostaje on zwyczajowo przydzielony do wykonywania jednej z licznych profesji, lecz dostępuje zaszczytu terminowania u tytułowego osamotniałego starca, by w przyszłości dźwigać na swoich barkach brzemię ludzkiej pamięci. By wspominając przeszłość, rozpaczać nad teraźniejszością i wątpliwie spoglądać w przyszłość, zapewniając tym samym innym bezbolesną życiową stagnację.

Być może narracyjny pęd autorki stanowi formę obrony przed opisywaną apatią? Trudno mi w to uwierzyć, acz rzeczywiście tutejsza kondensacja zdarzeń i błyskawiczne ukształtowanie się profilu psychologicznego głównego bohatera równie dobrze może świadczyć o wymyślności, co o nierzetelności Lowry. Niemniej, według mnie, pierwsza część Kwartetu Dawcy to tylko chaotyczny stek wspaniałych, lecz nienależycie rozwiniętych bądź przedwcześnie porzuconych pomysłów, niosących z sobą niebanalną treść. Wymowę, która potencjalną grupę odbiorców (czyli dzieci) najzwyczajniej w świecie znokautuje, a w nieco bardziej wiekowych umysłach z braku solidnego fundamentu nie zagości na długo. Ale przecież nie od dziś wiadomo, że kwartet to nie solista i jego czwarta część sama jak palec na scenie prędzej piać niż śpiewać będzie. Cieszy zatem fakt, że Galeria Książki zamierza dopuścić do mikrofonu również kolejne tomy sagi Lois Lowry. Cóż, może razem zagrają wreszcie na strunach mojej wrażliwości? Może to tylko przedśpiew? Nadzieja bynajmniej jeszcze nie umarła, kurtyna – nie opadła.

by Francuz