Recenzja: 19 razy Katherine – John Green

19-razy-katherine

DON COLIN I SANCHO HASSAN

Powinowactwo farso-odysei Colina Singletona z przygodami przemyślnego szlachcica z La Manchy nasuwa się na myśl dość mimowolnie. Począwszy bowiem od karykaturalnej otoczki i podejmowanych motywów, a na usposobieniu i fizjonomii głównych bohaterów kończąc, Green czerpie – wprawdzie nie pełnymi garściami, ale przynajmniej naparstkami – z klasycznej powieści Cervantesa. Nie samym Cervantesem żyje jednak człowiek. Autor bestsellera „Gwiazd naszych wina” zabawia się tutaj kosztem wszystkich dotychczasowych powieści drogi, składając im jednocześnie swego rodzaju hołd. Hołd prześmiesznie prześmiewczy, ale jak najbardziej odpowiedni. Piękny ludzki ukłon w stronę nieśmiertelnego toposu życiowej podróży. Ukłon pełen pokory i autoironii. Pozbawiony ornamentów, lecz nie pozbawiony wad.

W wydanej w rok po debiucie „19 razy Katherine”, Green ukazuje czytelnikom perypetie kilkunastoletniego Colina, bliskiego geniuszu cudownego dzieciaka i fonetycznego zboczeńca zarazem. Eksperta od miłosnych rozczarowań i układania anagramów, gustującego tylko i wyłącznie w dziewczętach o imieniu K-A-T-H-E-R-I-N-E, który powodowany nudą i (dziewiętnastą z kolei!) utratą (dziewiętnastej z kolei!) Katherine postanawia pewnego letniego wieczoru wyruszyć swym czarnym jak noc samochodem w iście amerykańską eskapadę. I takim to właśnie sposobem paręnaście godzin później ów przemiły nieudacznik ląduje przed grobem austro-węgierskiego arcyksięcia z przepustką do college’u w kieszeni, najlepszym przyjacielem u boku, złamanym sercem pod koszulą i prześliczną Lindsey Lee Wells siedzącą okrakiem na jego brzuchu…

Chociaż można by Greenowi zarzucić zbytnią schematyczność, lekko głupkowate rozwiązania i banalną (acz mądrą) całościową wymowę, to w żadnym razie nie można odmówić mu daru posługiwania się językiem sytuacji. „19 razy Katherine” to powieść momentów, niepozornych zdarzeń i otaczającej je humorystycznej mgiełki. Delikatnej poświaty esprit, w której to bezwiednie błąkają się atomy genialności. Cząsteczki nieprzeciętności, których to Green nie potrafił wówczas odpowiednio zsyntetyzować, a których struktura oczarowała mnie bez reszty podczas lektury późniejszych „Papierowych miast”.

Najprościej mówiąc, opowieść o niezdarnym Colinie Singletonie jest dokładnie taka sama, jak jej główny bohater – cudowna, ale nie wybitna. Ciekawa, ale niekoniecznie interesująca. Ostatecznie, siłując się na czysto drogową metaforykę, wypadałoby powiedzieć, że „19 razy Katherine” jest niczym piękna amerykańska autostrada. Niezbyt niezwykła, ale dla użytkowników dziurawych polskich dróg – po prostu idealna.

by Francuz