Recenzja: Cień Endera – Orson Scott Card

Cien.Endera
PRZYSZŁOŚĆ, KTÓRA MINĘŁA

Cień Endera, który ujrzał światło dzienne pod koniec XX wieku, dał początek zupełnie nowej, pobocznej sadze rozgrywającej się w uniwersum Andrew Wiggina i stanowi powieść równoległą, „paralelną” – jak twierdzi autor – względem prymarnej dla cyklu Gry. Oznacza to, że z Cieniem igrać może nie tylko Piotruś Pan, ale dosłownie każdy – tak stary wyjadacz losów genialnego chłopca, jak i kompletny laik w świecie Cardowskich fantazji.

Idąc za ciosem można by nawet rozpatrzyć ową uniwersalność na całkiem innych, o wiele powszechniejszych płaszczyznach, mianowicie w sferze płciowej i w sferze wiekowej. I o ile w epoce równouprawnienia i kwitnącego gender szufladkowanie książek na „chłopięce” i „dziewczęce” powinniśmy już dawno odesłać do lamusa; o tyle warto tutaj nadmienić, iż stereotypowe utożsamianie wieku potencjalnych odbiorców z wiekiem głównych bohaterów powieści jest zjawiskiem dla świeżo wznowionego Cienia niezwykle krzywdzącym. Nie żeby rówieśnicy, jak i nieco starsi „koledzy” tytułowego malca, stratega i przyjaciela Endera, zwanego Groszkiem, mieli być jego historią znudzeni czy też zawiedzeni. W żadnym razie! Wręcz przeciwnie, albowiem to przepiękna opowieść o lojalności i przyjaźni, tudzież odpowiedzialności za siebie i innych. Sęk w tym, że Cień to również niezmiernie szczegółowy, pełen psychologicznej głębi obraz degrengolady – całkowitego rozpadu wartości moralnych, w tym przypadku w środowisku bezdomnych rotterdamskich dzieci, będącego nieodłącznym towarzyszem nędzy i głodu. Co więcej, to także fascynująca wiwisekcja agresji oraz niesamowite studium alienacji jednostki wybitnej. To po prostu Coś. Kawał solidnego science-fiction, który młody czytelnik niekoniecznie jest w stanie docenić, a który to starsi konkwistadorzy fantastycznonaukowych wysp Literatury mogą nieszczęśliwie ominąć podczas swej międzygwiezdnej żeglugi ze względu na modne współcześnie bagatelizowanie przez masy rangi utworu tylko i wyłącznie na skutek opacznego pojmowania jego „dziecinności”.

Kończąc wypada jeszcze podkreślić, że choć fabułę Cienia stanowi w głównej mierze klasyczny motyw „od zera do bohatera”, to jednak jest ona na tyle intrygująca, by na ładne parę godzin zapomnieć o bożym świecie i zanurkować w kosmicznej, wyjątkowo pełnej próżni Orsona Scotta Carda. Bez ceregieli rozpłynąć się w klimacie literackiego oldskulu, by oprzytomniawszy, obudzić w sobie swoistego wygłodniałego wilka, ewentualnie enderożerczego wampira.

by Francuz