Recenzja: Unicestwienie – Jeff VanderMeer

unicestwienieWELTSCHMERZ V 2.0

Najnowsza powieść Jeffa VanderMeera, czołowego przedstawiciela zaoceanicznych twórców nurtu New Weird, już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie książki niebanalnej, wręcz surrealnej. Prawdę mówiąc, jest to w głównej mierze zasługa Patryka Mogilnickiego, zdolnego polskiego grafika, którego ilustracje nadały „Unicestwieniu” charakterystyczny, niemal ekstrawagancki „look”, jakiego niewątpliwie próżno szukać wśród pozostałych dam wydawniczego wybiegu ostatnich miesięcy. Nie samym obrazem żyje jednak człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust drukarskich. Z nieustannie zapracowanych, wielce umorusanych tuszem warg raz po raz składających – nieliteralnie rzecz jasna – literowe pocałunki na krasnych licach śnieżnobiałego papieru. Jeśliby więc rzucić wspomnianym wyżej okiem nieco dalej, zanurzyć swe patrzałki w zimnej, acz ożywczej, literackiej toni à la VanderMeer, prędko przekonamy się, że słowa przezeń wyprodukowane to nie żadne potworne buble „made in China”, ale prawdziwie amerykańska fraza. Prosta, solidna i piekielnie nastrojowa. Pełna dantejskich scen, które mimo że delikatnie przymglone reporterskim chłodem, wciąż niewiarygodnie poruszają ludzką wyobraźnię, wplątując nas mimochodem w ramiona zachłannej, wiecznie niepohamowanej ciekawości.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, i Jeff VanderMeer najwyraźniej doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Strefa X, którą pisarz uczynił miejscem akcji swej nowej trylogii, stanowi bowiem swego rodzaju antyraj na ziemi. Czarci Eden, w którym to zakazane owoce za najżyźniejszą spośród wszelkich gleb uznały niwę człowieczej duszy. To przerażający, w pełni naturalny Tartar – miejsce, gdzie szaleństwo i zwierzęce instynkty dzień w dzień coraz to wyraźniej zaznaczają swą dominację nad jakimikolwiek przymiotami logiki i człowieczeństwa, gdzie wstąpiwszy – z powrotem zatracamy się w pierwotności i bylejakości, w prześmiesznym trwaniu dla trwania.

Amerykanin, snując przed naszymi oczyma opowieść biolożki, jednej z członkiń dwunastej z rzędu ekspedycji, która to ma zbadać i udokumentować wszystko, co napotka na swej drodze podczas pobytu w cudacznej Strefie X, nadzwyczaj taktownie odziera swą papierową modelkę z szat tajemniczości. Można by nawet powiedzieć, iż VanderMeer formuje w „Unicestwieniu” całkowicie nowy, właściwy jedynie jemu, typ fantastycznonaukowej szarmanckości w relacjonowaniu fikcyjnych zdarzeń, albowiem klimatyczność i sposób traktowania czytelnika w jego prozie przypomina pod pewnym względem cudowną kolację przy świecach dwojga zakochanych, choć tak naprawdę nie ma w sobie kompletnie niczego z romantycznej aury tego rodzaju wieczornych spotkań.

Ogólnie rzecz ujmując, VanderMeer bardzo ładnie wykreował bardzo brzydki świat, którego sumienne przestudiowanie poskutkować może niegłupią refleksją o wewnętrznej sprzeczności i przedziwnej diaboliczności Matki Natury, a także najzwyklejszą w świecie przyjemnością lektury. Szkoda jednakże, iż owo „może” łatwo w morzu innych „móż” utonąć może.

by Francuz