Recenzja: Zimowa opowieść – Mark Helprin

NIHIL NOVI SUB NIVE

Gdyby Mark Helprin kiedykolwiek zdecydował się porzucić swój pisarski fach, by zakosztować beztroskiego żywota ulicznego szarlatana – najprawdopodobniej w przeciągu jednego, jedniuteńkiego dnia zjednałby sobie połowę mieszkańców Nowego Jorku, z kanałowymi gryzoniami i parkowymi pisklętami włącznie. Nie ulega bowiem wątpliwości, że utalentowany pan Helprin w mgnieniu oka skradłby tak ludzkie, jak i szczurze, ptasie czy wiewiórcze serca, wymachując w tę i we w tę swym czarnym, inteligenckim cylindrem, wielkości przeciętnego miejskiego ronda, z którego – powabnie niczym paryskie modelki – wyskakiwałyby kolejno niezwykle potulne, choć ewidentnie lekko ospałe niedźwiedzie brunatne. Zresztą, my, dzieci sieci, wyedukowane na fundamencie pamiętnych wieczorynek, doskonale wiemy, że dzieci lubią misie, a misie lubią dzieci, toteż hipotetyczne show amerykańskiego publicysty, znając życie, prędko zyskałoby większy nawet rozgłos niż oscarowy tour de force Ellen DeGeneres, co więcej – działalność artysty zostałaby zapewne w mig uznana za proekologiczną (bo niedźwiedzie) i prorodzinną (bo dzieci), a wszelkiej maści przedstawiciele jedenastej muzy z wielką chęcią zabiliby się wręcz, byleby tylko zatrudnić słynnego absolwenta Harvardu na miejsce telewizyjnego prestidigitatora. Ogólnie rzecz ujmując, o Marku Helprinie tak czy inaczej usłyszałby wówczas świat cały.

Tymczasem sześćdziesięcioparoletni nowojorczyk nie odstępuje swej drugiej żony, literatury, ani na krok, co wprawdzie na przestrzeni dekad przysporzyło mu już jakiś kilogram różnorakich nagród, jak i setki, ba, tysiące ton cennego, mięsnego kruszcu, zwanego czytelnikiem, wśród jego rodaków, Amerykanów, jednakże na biało-czerwonym gruncie zaowocowało jedynie „potężnym”, bo aż dwuzdaniowym biogramem wytatuowanym na brzuchu polskojęzycznej cioci Wikipedii oraz tegorocznym przekładem przeszło trzydziestoletniej, aczkolwiek za sprawą Akivy Goldsmana przeżywającej ostatnio swą drugą młodość, „Zimowej opowieści”, czyli najgłośniejszej powieści autora.

Helprin zdaje się być zatem dla Polaków produktem niemalże egzotycznym, bądź co bądź – na wskroś importowym. Kimś, a raczej czymś na wzór banana w czasach peerelu, o którym to wtenczas wszyscy słyszeli i głośno huczeli, lecz którego to wtedy mało kto choćby i wzrokiem zakosztował, o ustach już nawet nie wspominając; potomkiem tajemniczego naturalnego antydepresanta, tyle tylko, że od swego owocowego pradziada znacznie mniej przebojowym, albowiem nigdy, przenigdy nigdzie nieobecnym. Nieobecnym ani na językowym parkiecie gębowego bistro, ani w bębenkowych spelunach usznych slumsów, ani w jednej z dwu oczodołowych sali kinowych pospolitej dwunogiej metropolii, zazwyczaj określanej mianem homo sapiens. Nieobecnym w łepetynce przeciętnego człowieka, gdyż dlań zbyt ciężkostrawnym – zbyt wrażliwym, zbyt ślamazarnym i zbyt wnikliwym.

Czytając „Zimową opowieść” miałem nieodparte wrażenie, iż opasłe tomisko, które dzierżę w ręku jest niczym innym, jak swego rodzaju literackim pustakiem. Cudacznym odpowiednikiem dachówki, która w powieści Lewisa Wallace’a przypadkiem osuwa się z dachu Judy Ben Hura wprost na głowę gubernatora Jerozolimy. Niczym innym, jak cegłą wypaloną z szarej, flegmatycznej gliny, cegłą, którą Helprin, poniekąd nieświadomie, roztrzaskuje czytelnikowi o łeb, wprowadzając go w stan sennej, beznadziejnej melancholii.

Innymi słowy, lektura nowojorskiej epopei Marka Helprina przypomina po trosze obserwację wielce puszystego niedźwiedzia brunatnego całkowicie, co do grama, pogrążonego w objęciach Morfeusza; expressis verbis –  proces nudny jak flaki z olejem, albo i nawet bez oleju. Niemniej jednak trudno by zakwalifikować „Zimową opowieść” do nieszczęsnego grona powieści grafomańskich, bo choć śmiało można by ją ukrócić o przeszło sto pięćdziesiąt stron zbędnych, rozległych opisów, nie wspominając już o iście żółwim tempie narracji, to naprawdę nie sposób nie docenić językowej pedanterii Amerykanina, który w swej frazie sprawnie łączy pozytywistyczną precyzję z romantycznym rozmarzeniem, nadając tym samym każdemu pojedynczemu zdaniu niesamowitą, nadzwyczaj urokliwą płynność. Płynność, która jednakże wraz z upływem czasu, dosłownie strona po stronie, minuta po minucie, okazuje się coraz to bardziej utożsamiać z płynnością ruchu starego kutra rybackiego, ewentualnie obłego, rogatego ślimaka.

Koniec końców, wszystko gra. Wszystko gra, ale cały ten zgiełk to prawdziwie mozolna, a w dodatku nieco rozczarowująca gierka, pełna autorskich zagrywek, które prędko położą na łopatki niewprawionych graczy, a profesjonalistów przyprawią niechybnie o dotkliwe bóle głowy i kręgosłupa. Gra mimo wszystko warta świeczki. Świeczki? Ba, nawet latarki!

by Francuz