Recenzja: Upadłe anioły. Misja – J.R. Ward

upadłeaniołyCzy uważacie, że faktycznie sami jesteśmy kowalami swojego losu? Czy to naprawdę jest aż tak proste, że możemy sami zadecydować o tym, co nas spotka? Wydaje mi się, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. W końcu w życiu spotyka nas wiele sytuacji, których przecież sobie nie życzyliśmy. Każdy wolałby żyć w świętym spokoju, z dala od problemów, ale jak się okazuje, czasami los ma wobec nas inne plany. Rzecz w tym, czy jesteśmy w stanie im podołać i je zaakceptować, czy też nie.

„Upadłe anioły” to kolejna seria autorki „Bractwo Czarnego Sztyletu”.  J.R. Ward tym razem postanowiła stworzyć cykl poświęcony wojnie pomiędzy światłem i ciemnością, w którym demony próbują zyskać kontrolę nad ludźmi.  Jim Heron zostaje uwikłany w tę odwieczną walkę, a wszystko wskazuje, że nie był to czysty przypadek. Zostaje wybrany do grona upadłych aniołów i musi wykonać swoją pierwszą misję – ocalić duszę Vin’a DiPietro, biznesmena bez skrupułów i sumienia. W życiu Vina obecna jest na pozór niewinna kobieta, która jednak jest kimś znacznie więcej, niż tylko jego kochanką. Czy Jim poradzi sobie ze swoim nowym życiem i da radę uratować Vin’a od tego, co najgorsze? No i co najważniejsze – czy sam nie da się omotać siłom piekielnym?

„Bractwo Czarnego Sztyletu” nie jest mi znane, dlatego nie bardzo wiedziałam, czego mam się spodziewać po nowej książce Ward. Gdybym już wcześniej zapoznała się z autorką, zapewne miałabym jakiekolwiek pojęcie o jej pomysłowości i zdolnościach pisarskich. Jednak nie było mi dane, zatem przejdźmy do rzeczy. „Misja” jest historią Jim’a Herona, jednakże nie jest on narratorem powieści. W równym stopniu poznajemy również losy Vin’a oraz Deviny i Marie-Terese. To właśnie tej czwórki dotyczą wszystkie wydarzenia – na pozór niezwiązani ze sobą ludzie stają się meritum w walce dobra ze złem. Z powodu narracji trzecioosobowej nie jesteśmy w stanie zżyć się z żadnym z nich, nie ułatwia tego również kreacja bohaterów, bowiem w moim odczuciu jest po prostu za słaba. Nie są całkowicie jałowi i pozbawieni życia, jednak zabrakło mi w nich głębi i wyrazistości. A chociażby Devina zapowiadała się na ostry charakterek.

Autorka jednak zadbała o dokładne i szczegółowe opisy, dzięki którym czytelnik w łatwy sposób może sobie wyobrazić każde miejsce akcji – mieszkanie Vin’a, klub, plac budowy… z tym nie ma najmniejszego problemu. Może właśnie to jest powodem słabszej wizualizacji bohaterów – doskonale i wyraźnie widzimy lokalizację wydarzeń, ale obecne tam postaci są mgliste. Zabrakło mi tutaj także lepszej realizacji wątku paranormalnego. Osobiście, gdy rozpoczynam nową serię, lubię mieć pojęcie, skąd się dana rasa wywodzi, czym się charakteryzuje, jaki ma związek ze światem przyziemnym. Tutaj tego brakuje – zero informacji, które przybliżyłyby mi hierarchię upadłych aniołów i demonów. Praktycznie przez całą książkę miałam wrażenie, że czytam powieść obyczajową z lekką nutką mistycyzmu, ale nic poza tym.

Całość zapowiadała się nawet ciekawie, pomysł może nie jest czymś oryginalnym, bowiem sporo już podobnych motywów przewijało się w książkach, ale zawsze można dorzucić coś od siebie, co sprawi, że dana pozycja zyska odrobinę indywidualności. Dodajmy do tego jeszcze odpowiednie tempo akcji i będzie naprawdę nieźle. No właśnie… tempo akcji. Z tym również miałam tutaj problem, gdyż lubię szybką akcję. Nie mówię, że musi stale pędzić i trzymać mnie w napięciu od początku do końca (chociaż nie narzekam w takich przypadkach), może być umiarkowana, ale na pewno nie akceptuję powolnej, a wręcz wlekącej się akcji. Skutecznie zniechęca mnie do dalszego czytania, a w przypadku „Misji” właśnie tak było. Przez ponad 300 stron było po prostu nudno. Niby stale się coś działo, ale zabrakło mi w tym polotu i energii. Dopiero pod koniec zrobiło się ciekawiej i żwawiej, ale szału nadal nie ma.

Być może ta książka ma nas tylko wprowadzić do nowego świata stworzonego przez autorkę, jednak nie jestem pewna, czy czuję się do niego przekonana. Owszem – jego przedstawienie jest znakomite, ale znalazłam tutaj zbyt wiele rzeczy, które mi nie odpowiadały. Fabuła zapowiadała się dobrze, niestety trochę mnie rozczarowała. Natomiast sam styl autorki jest naprawdę dobry. Widać, że nie jest osobą początkującą, więc to trochę tę powieść w moich oczach uratowało, podobnie jak te ostatnie 150 stron. Za te dwie rzeczy oraz dobre przekazanie swojej wizji świata książkowego wystawiam takie słabe 4/6. Ani nie polecam, ani nie odradzam, jeżeli macie ochotę na tę pozycję, to po prostu po nią sięgnijcie.

 

 Sheti by sheti-shetani dla PB