Recenzja: Łza – Lauren Kate

łza

,,Nigdy, przenigdy nie płacz” – tego mama nauczyła Eurekę. Ale teraz matka nie żyje, za to dziewczyna na każdym kroku natyka się na Andera – wysokiego, bladego, jasnowłosego chłopaka, który wydaje się wiedzieć rzeczy, jakich wiedzieć nie ma prawa, i który ostrzega Eurekę, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie i prawie doprowadza ją do łez. Niewiele jej w życiu pozostało, jedynie stary przyjaciel Brook i dziwny spadek: medalion, list, tajemniczy kamień i starożytna księga, której nikt nie rozumie. Opisuje niepokojącą historię dziewczyny o złamanym sercu, której łzy zatopiły cały kontynent. Eureka wkrótce odkryje, że starożytna opowieść nie jest czystą fantazją i Ander może mówić prawdę, a w  jej życiu kryją się mroczniejsze tajemnice, niż się kiedykolwiek spodziewała…

Tak, ten opis może wydawać się nieco… żałosny. Jak i cała akcja oraz styl autorki, która dała się dobrze poznać historią o Lucy i Danielu – fabularnie była ona dość ciekawa, jednakże wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Z nadzieją na poprawę sięgnęłam po Łzę, nową, szumnie reklamowaną powieść Lauren Kate i pełna sceptycyzmu zagłębiłam się w lekturze. Przyznam, że mitologia powoli robi się nudna, nawet jeśli jeszcze mało kto zabierał się za Atlantydę – na rynku książek o tematyce paranormal romance może zapowiadać się to nieco egzotycznie. Nadszedł czas na powiew świeżości.

Czy autorka poprawiła swój warsztat pisarski? Zdecydowanie tak. Zdania są spójniejsze, bardziej szczegółowe, choć momentami pojawiają się ogólniki. Opisy nie są może arcydziełem, jednakże dają jako takie wyobrażenie lokacji oraz wyglądu bohaterów. Czytelnik mógł bez problemu wczuć się w daną sytuację i towarzyszyć postaciom w różnych wydarzeniach. Nie czuł się powalająco realistycznie, prawda jest taka, że pomimo niskiego poziomu językowego Upadłych łatwiej było chłonąć atmosferę powieści i zanurzyć się w niej tak, jakby było się jedną z ważniejszych figur rozgrywających się wydarzeń.

Irytować może postawa Eureki, jej narzekanie i marudzenie na wszystko dookoła. Rozumiem, strata bliskiej osoby bywa naprawdę bolesna i może nieraz zniszczyć człowieka, jednakże wypadałoby wziąć się w garść, bo ona po prostu zniechęcała do siebie ludzi z jej otoczenia. Za wszelką cenę chciałam skupić swoją uwagę i poznać lepiej Brooksa, ale jest w nim coś takiego, że kompletnie nie zapadł mi w pamięć. Wiem tylko, że się pojawiał raz na jakiś czas, nie mogę jednak przywołać żadnych jego cech charakterystycznych. Co smutne, tylko zarys całej historii utknął mi w umyśle. Brakuje jej czegoś hipnotycznego, czegoś, co by mnie przyciągało do kolejnych części, a ja na myśl o nich reaguję z chłodną obojętnością. Od dobrej lektury wymaga się, żeby zostawiła czytelnika z dziurą w sercu i głodem za kontynuacją. W tym przypadku nie ma czegoś takiego.

Łza niestety na kolana nie powala. Nie jest to nijaka historia, ponieważ na swój sposób wciąga, jednakże brakuje jej czegoś więcej. Nie mam na myśli przesłania, bo tego już dawno przestałam oczekiwać, ale powinna działać jak magnes, zachęcać i obezwładniać atmosferą, wsysać w świat przedstawiony, sprawić, że wszystko będzie przeżywane nieraz bardziej niż przez bohaterów. Jako książka na zimowy wieczór pasuje doskonale, aczkolwiek nie musi być priorytetem na czytelniczej liście, lepiej po nią sięgnąć z braku laku i się nie nastawiać, a może kogoś zaskoczy, oczaruje i przypadnie do gustu? Osobiście stawiam 4- i dochodzę do wniosku, że gdyby połączyć fabułę Upadłych i technikę z Łzy wyszłaby powieść na poziomie pod każdym względem.

****Sihhinne by Ziemniaczarnia dla PB