Recenzja: Trzy sypialnie, jeden trup – Charlaine Harris

Trzy sypialnie, jeden trupAurora Teagarden z dnia na dzień coraz bardziej się zmienia. Znudzona swym dotychczasowym życiem rzuca pracę w bibliotece i postanawia spróbować swych sił w handlu nieruchomościami. Na pierwszy rzut oka tego zajęcia także nie można nazwać ekscytującym, prawda? Ale nie w przypadku Roe. Sympatyczna okularnica ma niebywałe szczęście – a może pecha – do pakowania się w niecodzienne sytuacje. Podczas swojego zawodowego debiutu, kiedy pokazuje potencjalnym klientom oszałamiający dom Andertonów, w jednej z sypialni odkrywa, niespodzianka, półnagie zwłoki kobiety. Aurora, domorosła pani detektyw, zaczyna śledztwo na własną rękę. Jakby to było zbyt mało emocjonujące, stara się sprzedać dom odziedziczony po zmarłej przyjaciółce – tak się niefortunnie składa, że tuż naprzeciw niej mieszka nie kto inny, tylko jej były chłopak ze swą żoną i córeczką. Jej związek z Aubreyem też nie układa się tak, jakby tego chciała, a do tego Roe spotyka Martina – mężczyznę, który budzi w niej głęboko skrywane pragnienia.

Trzy sypialnie, jeden trup to już trzeci tom o Aurorze Teagarden, pióra Charlaine Harris, znanej przede wszystkim z bestsellerowej serii o Sookie Stackhouse. W serii o Roe nie przeczytamy jednak o żadnych nadnaturalnych istotach, lecz zajmiemy się życiem mieszkańców nieprzeciętnego miasteczka Lawrenceton w stanie Georgia.

Tak jak w dwóch poprzednich tomach, tak i tutaj główną bohaterką jest Aurora Teagarden – była bibliotekarka i sympatyczna okularnica z ciętym językiem. Poznajemy historię z jej punktu widzenia, jednak autorka zaoszczędziła nam egzystencjalnych rozważań, mamy także niewielki wgląd w jej myśli. Bo choć Roe to inteligentna kobieta, wydaje się nie myśleć za dużo, lecz po prostu działa. Nie zawsze przynosi to pozytywny efekt. Nierzadko jej czyny są nieprzemyślane i – najprościej ujmując – głupie, ale taka już jej natura. Choć Roe sprawia wrażenie niczym nie przejmującej się twardzielki, my mamy okazję dowiedzieć się, że w jej drobnym ciele kłębi się aż od nadmiaru uczuć. A jeżeli dodamy do tego jej humor i cięty język, nie sposób się w niej nie zakochać.

Cała seria napisana jest prostym, banalnym wręcz językiem. Jak już pisałam w poprzednich recenzjach, jest to zabieg, dzięki któremu powieść trafia do szerokiego grona czytelników. Tym razem jednak muszę przyznać, że powoli język ten stawał się nieco irytujący, a książka ze strony na stronę, coraz bardziej nużąca. Oczywiście, wciąż mamy świetną akcję, intrygującą zbrodnię, którą każdy z nas będzie starał się rozwikłać na swój sposób, a także zaskakujący finał, ale jednak do pełni szczęścia czegoś tu zabrakło. Sami musicie dociec czego.

Fabuła opiera się na niewielu wątkach, głównym nadal pozostaje kryminalna zagadka, a poboczne skupiają się na życiu osobistym Aurory, przez co książkę czyta się dość szybko, nie pozostając zbyt długo w jednym miejscu. Mamy więc prostą konstrukcję, która jednak opływa tajemnicą.

W tej części poznajemy wielu nowych bohaterów, z którymi wcześniej nie mieliśmy styczności. Kilku stałych bywalców oczywiście pozostało – jak przystojny pastor Aubrey, były chłopak Roe – Arthur, czy stary znajomy Gerald, jednak większość z nich pełni tu niezbyt znaczące role. Spotkamy się natomiast z dojrzałym i oszałamiającym Martinem, do którego nasza bohaterka zapała nieznanym uczuciem, nieco dziwną i tajemniczą Emily Kaye, czy też pracownikami agencji nieruchomości. Wszyscy oni tworzą barwne miasteczko Lawrenceton, obok którego nie można przejść obojętnie.

Lekturę powieści uważam za udaną przygodę, nie żałuję, że i tym razem dostałam okazję poznać dalsze losy Aurory Tagarden. Każdego zachęcam do sięgnięcia po serię Charlaine Harris – nie powinniście czuć się zawiedzeni!

Moja ocena: 4+/6

 by Verr