Recenzja: Dziedzic czarodziejów – Cinda Williams Chima

kroniki dziedzicowSzesnastoletni Seph McCauley w ciągu ostatnich trzech lat był nieustannie wyrzucany z kolejnych szkół. Powodem był szereg magicznych wypadków – a ostatnio tragedii – które zdają się go prześladować. Seph jest czarodziejem, sierotą bez żadnej wiedzy o swojej mocy, która staje się coraz większa i coraz częściej wymyka się spod kontroli.

Po spowodowaniu pożaru w nocnym klubie Seph zostaje odesłany do Szkolnej Przystani, szkoły męskiej, która mieści się na odludziu w Maine. Z początku wydaje się, że to będzie spełnienie jego marzeń. Gregory Leicester, dyrektor szkoły, obiecuje uczyć go czarodziejstwa i przyjąć do tajemniczego zgrupowania czarodziejów. Radość Sepha gaśnie, gdy chłopiec dowiaduje się, że ta nauka ma wysoką cenę, a Leicester pragnie wykorzystać moc swoich uczniów do własnych celów.

W tej powieści, będącej kontynuacją pasjonującej książki fantasy Dziedzic wojowników, wszyscy mają swoje sekrety: Jason Haley, szkolny kolega, który ma nakaz trzymania się z dala od Sepha; zaklinaczka Linda Downey, która znała jego rodziców; awanturniczy czarodziej Leander Hastings, a także wojownicy Jack Swift i Ellen Stephenson. Seph niespodziewanie trafia w sam środek wojny, z której może nie wyjść cało.

Któż z nas nie chciałby zostać czarodziejem? Niewyobrażalna moc, zaklęcia i uroki, dają wiele możliwości, którym nikt by nie odmówił. Jednak to nie jest świat Harry’ego Pottera. Tu nie ma szkoły, gdzie można nauczyć się magii, latania na miotłach i ważenia eliksirów. Tu, nikt nie może czuć się bezpieczny odkąd dwa potężne domy Czerwona i Biała Róża, walczą ze sobą o władzę i panowanie nad gildiami magicznym.

W takim świecie poznajemy młodego czarodzieja, który ma znikome pojęcie o swoich mocach. Seph został wychowany przez Genevive, guślarkę należącą do jednej z gild służebnych. Ze zrozumiałych powodów nie darzyła kasty czarodziejów sympatią. Mimo, że wyjawiła chłopakowi naturę jego zdolności, nie umożliwiła mu szkolenia. A nieszkolony czarodziej jest jak bomba z opóźnionym zapłonem. Niewiedza na temat swojego pochodzenia i rodziny, nie ułatwiają mu życia. Chłopak swoim zachowanie wciąż powoduje kolejne katastrofy, za które jest wyrzucany z następnych szkół. Młody czarodziej potrzebuje nauczyciela, lecz gdzie takiego znaleźć? Po ostatniej tragedii, w której zginęła jego przyjaciółka, trafia do Szkolnej Przystani. Początkowo jest pesymistycznie nastawiony do nowego miejsca. Jednak szybko zmienia zdanie, kiedy dowiaduje się, że dyrektor szkoły, Gregory Leicester, uczy potajemnie swoich uczniów rzucania zaklęć i kontroli nad mocą. Seph jest zachwycony możliwościami, jakie się przed nim otwierają. Nareszcie będzie miał możliwość szkolenia, którego tak pragnął. Niestety nie wszystko okazuje się być taką sielanką, na jaką wygląda.

Cinda Williams Chima wspięła się na wyżyny swoich umiejętności, tworząc ekscytującą, pełną przygód i tajemnic fabułę. Ma ona niewiele wspólnego z Dziedzicem wojowników. Łączą je jedynie te same postacie oraz fakt, że kontynuuje wydarzenia z pierwszego tomu Kronik dziedziców. Na tym kończą się podobieństwa. Znakomicie wykreowani bohaterowie, są bardziej autentyczni, dzięki barwnym opisom i uczuciom, jakie im towarzyszą. Zerwała ze schematami, towarzyszącymi nam w pierwszym tomie, fundując nam nieobliczalny rozwój wydarzeń i niezłą porcję polityki czarodziejów. Postarała się zaintrygować czytelnika oraz trzymać go w ciągłym napięciu. Szczególnie czas spędzony w Szkolnej Przystani należał do najciekawszych momentów utworu. Drugi tom cyklu Cindy Williams Chimy Kroniki Dziedziców wypada zdecydowanie lepiej niż pierwszy. Sama fabuła także jest o wiele lepiej skonstruowana. Choć Dziedzic czarodziejów nie jest przesadnie zaskakujący ani oryginalny, to jednak potrafi zaangażować czytelnika na tyle, by przyjemnie spędził przy nim czas. Dlatego jeśli poszukujecie dobrej, przyjemnej książki, od której trudno się oderwać, polecam wam najnowszą pozycję Cindy Williams Chimy.

Moja ocena: 4+/5

 by Magda M.