Recenzja: Dziewięć żyć Chloe King. Uprowadzona – Liz Braswell

uprowadzonaChloe to dość nietypowa nastolatka. Posiada dziewięć żyć i niezwykłe umiejętności jak na tak młodą osobę. Po wygranej walce z tajemniczym Łowcą na moście Golden Gate trafia do kryjówki starożytnej rasy kocich wojowników, w której już nic jej nie grozi. Ale czy aby na pewno? Kiedy wybucha wojna między członkami Stada i Bractwa Dziesiątego Ostrza, Chloe traci życie po raz drugi, ale jak się później okaże, niestety nie po raz ostatni…

Niepokorna i odważna panna King powraca na scenę. Jak to w życiu i powieściach bywa, nawet po ciężkiej walce nie można mieć chwili wytchnienia. Ciężar pochodzenia Chloe oraz wszelkie obowiązki i ograniczenia idące za tym, starają się przygnieść naszą bohaterkę, ale ona nie daje się tak łatwo złamać. Wciąż uważa, że zasady nałożone są na nią po to, aby je łamać, więc aż tak bardzo nie przejmuje się konsekwencjami. Tak, przez jej sylwetkę przebija się lekkomyślność, ale czytelnik może przymknąć na to oko w ferworze wydarzeń. Jednakże potraktowanie niektórych postaci nieco po macoszemu – okrojenie ich wątków i ogólnej charakterystyki – sprawia, że cała historia traci na swojej rozrywkowej wartości.

Nie mogę stwierdzić, że spodziewałam się czegoś lepszego, bo mniej więcej miałam świadomość, na jakim poziomie pisze Liz Braswell, a i nie oczekiwałam jakiś ogromnych postępów – bywają autorzy, którzy nie potrafią się rozwijać bądź cofają się w rozwoju. Według mnie ona utknęła w martwym punkcie. Nie sądzę, aby kiedykolwiek napisała coś poważnego, bo będzie brnęła w Chloe lub bohaterki o podobnej specyfice. Krąży utartymi schematami – widać to na przykładzie Siergieja i jego zachowania pod koniec akcji. Muszę przyznać, że punkt kulminacyjny tej części miał potencjał, ale został zbyt prosto i typowo skonstruowany – Chloe robi coś głupiego, dowiaduje się czegoś dziwnego, biją się biją, ktoś ginie, pojawia się teoretyczny happy end, a na końcu zostajemy poinformowani, że jest jeszcze wiele zagadek do rozwiązania. Jeśli tak będzie działo się w każdej części, to chyba podziękuję, bo to po prostu jest nudne! A i rozwiązanie wszystkich intryg bardzo szybko wchodzi mi do głowy, bo są tak zagmatwane, że aż wcale.

Jeśli chodzi o nowych bohaterów, to Siergiej irytował mnie bez przerwy – może przez to, że cały czas wyczuwałam u niego złe zamiary, a zachowywał się tak przykładnie, że aż cukier chrzęścił mi między zębami. Kim – nowa przyjaciółka Chloe to przykład postaci, która mogłaby się okazać najciekawszą z całej serii, ale autorka była na krawędzi zniszczenia jej. Uczyniła z niej dziwadło – to da się zaakceptować – ale zamiast rozwinąć jej historię cały czas nadawała o problemach Chloe. Może w kolejnych częściach doczekam się czegoś więcej o Kim. Wreszcie także potrafię się zdecydować, na który paring stawiam: Chloe i Brian czy Chloe i Alek. Z technicznego punktu widzenia ten pierwszy jest niemożliwy, ale Alek wydaje się być tak pusty, że czasem miałam go dosyć. Dlatego też stawiam na Briana.

Podsumowując, ta seria wciąż jest totalnym i przyjemnym dla mózgu tworem, niezmuszającym do głębszych przemyśleń, pozwalającym się odprężyć. Nie warto jednak czytać tylko takich powieści, ponieważ obrazują one amerykański konsumpcjonizm i głupotę nastolatków, a jeszcze komuś zachce się ich naśladować… O Chloe miło raz na jakiś czas poczytać, bo to dobre odstępstwo od lektur, nad którymi ślęczy się dwa tygodnie i końca nie widać. Ocena – 3+.

****Sihhinne by Ziemniaczarnia dla PB