Recenzja: Szklany tron – Sarah J. Maas

szklany tronŻycie potrafi pisać zadziwiające scenariusze. W jednej chwili może nas popchnąć w wir wydarzeń całkowicie zmieniających naszą osobowość, a w innej sprawić, że oddalibyśmy wszystko, aby wrócić do poprzedniego stanu – nawet jeśli był on dla nas niekorzystny. Na naszej drodze pojawiają się kuszące propozycje, ale nigdy nie wiemy, co tak naprawdę ze sobą niosą. Nigdy nie przewidzimy do końca konsekwencji, które z nich wynikną…

Osiemnastoletnia Celaena nie musi się długo zastanawiać nad  podjęciem decyzji dotyczącej propozycji złożonej jej przez samego następcę tronu Adarlanu. Życie w kopalni soli Endovier, gdzie została zesłana w ramach kary za wiele zabójstw, nie jest niczym przyjemnym. Ludzie dożywają tam najwyżej miesiąca, jej udało się przeżyć rok. Książę Dorian proponuje jej wolność, ale stawia swoje warunki. Celaena musi wziąć udział w turnieju o tytuł Królewskiego Obrońcy. I musi wygrać. Dopiero wtedy po odbyciu służby na tym stanowisku zostanie uwolniona. Jeśli przegra – wróci do Endovier. Wybór jest więc oczywisty – wyrwanie się z kopalni jest jej jedyną szansą. Jednak podczas turnieju okazuje się, że w królestwie Adarlanu mają miejsce dziwne i mroczne wydarzenia…

„Szklany tron” to tytuł, którego bardzo wyczekiwałam. Przepiękna okładka przykuwa spojrzenie na dłużej, a zarys fabuły brzmi niezwykle zachęcająco. Jednak piękna otoczka to nie wszystko. Równie dobrze mogło się okazać, że książka okaże się kompletną klapą, a ja nie będę mogła dobrnąć do końca. Mogło, ale stało się zupełnie inaczej – powieść mnie tak wciągnęła do swojego świata, że pochłonęłam ją od razu. Już dawno nie miałam w rękach powieści, której nie potrafiłam odłożyć na półkę, która nie dawała mi spokoju nawet podczas codziennych czynności. „Jeszcze tylko jeden rozdział…” – to zdecydowanie największe kłamstwo świata.

Od początku niesamowicie zżyłam się z główną bohaterką. Chyba nigdy nie udało mi się to aż tak bardzo, jak w tym przypadku. Sama nie wiem czemu, ale historia Celaeny idealnie przypadła mi do gustu. Jest znakomicie wyszkoloną zabójczynią, która potrafi rozłożyć na łopatki praktycznie każdego przeciwnika. Silna, odważna, pyskata i bezczelna – to zdecydowanie cechy, których głównej bohaterce nie brakuje. Cieszy mnie to, że autorka nie przesadziła, bo mogła stworzyć dziewczynę-potwora, która mogłaby się okazać niezmiernie irytująca. Pani Maas jednak nie zapomniała o drugiej stronie Celaeny, która jest również zwyczajną dziewczyną pragnącą normalnego życia – przyjaźni, rodziny, miłości. Niestety, życie odebrało jej to wszystko. Pozostały jej tylko zabójcze umiejętności. Mimo wszystko niezwykle mnie urzekła, podczas czytania byłam po prostu nią i każdą chwilę przeżywałam nie jako czytelnik, tylko jako bohaterka tej historii.

Akcja rozgrywa się w fantastycznym świecie podzielonym na kilka królestw. Najsilniejszym jest królestwo Adarlanu, gdyż potrafi podbić każdą inną ziemię. Król Adarlanu jest okrutny i zbyt pewny siebie. Zaślepiony władzą i toczonymi bitwami nie dostrzega nic innego. Natomiast jego syn – książę Dorian – jest jego zupełnym przeciwieństwem. To właśnie on sprowadza młodą zabójczynię na dwór, aby wzięła udział w turnieju – a robi to tylko dlatego, żeby wyrazić swój bunt przeciwko ojcu. Świat stworzony przez autorkę jest naprawdę niesamowity – wykreowała go w znakomity sposób. Dokładne i szczegółowe opisy realiów życia w zamku, walk, sytuacji – to wszystko sprawia, że przed naszymi oczami tworzy się idealny obraz wykreowanego świata. Podobnie sprawa ma się z bohaterami – każdy z nich to inny charakter. Jedni byli w moich oczach neutralni, innych ogromnie polubiłam, a znaleźli się również tacy, którym podcięłabym gardło sztyletem, gdybym tylko miała ku temu okazję.

Sam pomysł turnieju początkowo wygląda jak rozrywkowe show dla królewskiej elity. Z czasem jednak akcja  nabiera tempa, ponieważ uczestnicy turnieju giną w tragiczny sposób. Nikt nie wie, kto stoi za tajemniczymi morderstwami, ale nikomu nie dodaje to otuchy. Celaena w pewnym momencie podejmuje ryzyko i odkrywa, że niebezpieczeństwo, które pojawiło się w zamku nie jest do końca zwyczajne. Pojawia się motyw portali do innego świata, który za pomocą magii i różnych symboli, może przeniknąć się z tym właściwym. Na mój gust – świetny zabieg, bo uwielbiam podobne klimaty. Dzięki morderstwom i dodatkowym wątkom akcja nieco przyspiesza, a fabuła staje się bardziej urozmaicona.

Autorka postanowiła tutaj wpleść również wątek miłosny, co zapewne dla nikogo nie jest zaskoczeniem. Jednak uczucia między bohaterami nie pojawiają się z dnia na dzień. Widzimy, jak stopniowo budzi się zaufanie, przyjaźń, pragnienie. Jednak ten wątek to tylko dodatek, bowiem to turniej i tajemnice są tutaj najważniejsze. Nutka nieprzewidywalności i sporo różnych emocji towarzyszą nam podczas czytania. Lekki strach, niepewność, nadzieja, radość, złość – te emocje odczuwałam niezwykle silnie. Tempo akcji jest w sumie umiarkowane, więc zwolennicy szybko rozwijających się wypadków nie będą do końca zadowoleni. Ja jednak uważam, że wszystko idealnie ze sobą współgra i pozwala nam na delektowanie się powieścią.

„Szklany tron” to znakomity pomysł i bardzo dobre wykonanie. Historia podbiła moje serce i idealnie wpasowała się w moje gusta. Pani Sarah J. Maas idealnie połączyła w tej historii wątki, które bardzo lubię. Sprawiła, że całkowicie dałam się porwać przygodom Celaeny, a właściwie, jak już wyżej pisałam, stałam się samą Celaeną. Historia na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci i nie mogę się doczekać kolejnej części. Muszę jednak od ogólnej oceny odjąć pół punktu za drobne nieścisłości, które uważny czytelnik z pewnością wyłapie, ale jest ich niewiele oraz za elementy, które zupełnie nie pasowały mi do świata fantasy – chociażby gra w bilard. Zostaje więc ocena 5,5/6.

 

*** Sheti by sheti-shetani dla PB ***