Recenzja: Nowy przywódca. Świat po wybuchu – Julianna Baggott

Nowy-PrzywodcaTłuszczus apokaliptus

Stercząc pomiędzy koniecznością a koniecznością należy uraczyć pocałunkiem czynu konieczność bardziej konieczną. Koniecznie muszę zbrązowieć. Pozwolić swym nieistniejącym mięśniom brzucha nasiąknąć wybitną, lecz nadzwyczaj tandetną ponętnością. Spopieleć równomiernie od stóp do głów. Od palców do grzywy. Od grzywy do palców. Od palców do palców. Los jednak sprawił, iż spotkałem niedawno „Nowego przywódcę” – delikatnie ceglanego dzieciaka papierowego, którego onegdaj zrodziła pani Julianna Baggott. Zrecenzowanie takiej, nie owakiej, smakowitej powieści stanowi niewątpliwie czynność priorytetową, konieczność bardziej konieczną od konieczności sfajczenia powłoki właściwej swego człeczego organizmu. Powinność ewidentnie nadrzędną, absolutnie pożyteczną i niemiłosiernie przyjemną.

„Nowy przywódca” jest przedstawicielem rasy inteligentnych macho. To Einstein zespolony w jedno ciało wraz z Cristiano Ronaldo. Mądrość zaklęta w rozkoszy. Nauka zabawą podszyta. Pasjonująca opowieść urzekająca pozornie prostym językiem, pozornie tuzinkową narracją i pozornie komercyjną fabułą. Wyborna dystopia subtelnie okraszona wiórkami filozofii. Majestatyczny, delikatnie nieskoordynowany, ale głęboko rozrzewniający spektakl. Cudaczna galeria zastygłych udręk, skamieniałych radości oraz wysterylizowanych uczuć niesklasyfikowanych…

Baggott doskonale wyciosała eksponaty muzealne. Iście perfekcyjnie uwiła także ich niebanalną historię. Stąpając korytarzami bestsellerowego muzeum nietrudno jednak ugrzęznąć w otchłani znudzenia. Zbyt wiele tutaj niezagospodarowanych, wstrzemięźliwie nieatrakcyjnych ścian i płyt podłogowych. Zbyt wiele czczej paplaniny kustosza. Zbyt wiele nietotalnej pustki. Zbyt wiele pustki nietotalnej!

Ronaldo bezspornie przytył. Einstein taktownie zgłupiał. Bądź co bądź pani Julianna wciąż lewituje pośród gwiazd. Ostatecznie przecież Ronaldo to Ronaldo, Einstein to Einstein, a dobra książka to dobra książka.

by Francuz