Recenzja: Powstanie Harsfjordshoff – Kamil Gołębowski

Powstanie HarsfjordshoffNa wybrzeżu nie było nikogo, kto mógłby dostrzec nadpływający okręt. Z początku niewielki, przywodzący na myśl łupinę orzecha, rozrastał się coraz bardziej w miarę pokonywania dystansu. Z powodu gęsta niczym w Niflheimie mgły, nawet z odległości mniejszej aniżeli jedna mila morska, nie można było ocenić, kim są przybysze i jakim statkiem płyną. Potężny knorr sprawił wrażenie, jakby nie stworzyły go ludzkie ręce. Znać było tylko to, że na pokładzie musi znajdować się ktoś potężny. Idealne proporcje i doskonałej jakości drewno w połączeniu z budzącym grozę żaglem- wielkim płatem niebieskiego materiału z wyszytym białym wilczym łbem o czerwonych ślepiach. Na dziobie okrętu rzeźbiona paszcza tego samego zwierzęcia. Po chwili widać już było rzędy długich wioseł. I ludzi. Wielu ludzi, którym towarzyszyły, widoczne aż stąd, groźne błyski stali. Gdyby ktokolwiek był świadkiem tych wydarzeń, zapewne pomyślałby, iż sami bogowie wyruszyli z Asgardu na wojnę.

Przenosimy się do epoki przedwikińskiej, kiedy to poznajemy niezwykłe losy wczesnośredniowiecznych Normanów. Główni bohaterowie to nietypowe małżeństwo: ulfhedinn, wielki wojownik potrafiący zmienić się w wilka i jego żona Rudowłosa. Imiona obydwojga małżonków są nam nieznane do ostatnich stron książki, dzięki czemu czytelnik jest pozostawiony w tajemniczej, nieznanej rzeczywistości, którą w miarę czytania odkrywa się przed nami coraz bardziej. Oboje wraz ze swoim ludem przybywają na nieznane ziemie, by tam zacząć nowe, spokojne życie. Jednak niezasiedlone i niezbadane jeszcze wybrzeża nowej krainy, budzą lęk i niepewność we wszystkich nowo przybyłych. Nie wiadomo, jakie niebezpieczeństwo czyha w głębi gęstych lasów.

Jednak Gołębowski nie skupia całej uwagi tylko na dwójce małżonków, choć ich obecność w lekturze jest kluczowa i odpowiednio zbilansowana. Dużą rolę odgrywa tu również cały lud przybyły na nową ziemię. Szczegółowo i rozlegle ukazuje nam zwyczaje i szczeble rządzące w skandynawskich wioskach.

Autor przedstawia nam własną wizję wczesnośredniowiecznego świata skandynawskiego, opierając się na autentycznych podaniach i tekstach archeologicznych. Używa niezwykle bogatego i barwnego języka, wplatając wyszukane kennigi czyli poetyckie figury stylistyczne polegające na opisowym nazywaniu zjawisk, postaci lub rzeczy. Są to bardzo powszechnie stosowane peryfrazy, używane w dawnej literaturze skandynawskiej i anglosaskiej. I tak „zabójca głodu wilków” to po prostu wojownik, a „ogier mórz” oznacza okręt.

Świat, który nam ukazuje jest opisany z niezwykłą dokładnością, nie tylko jako barwny świat książki ale również jako autentyczne oddanie rzeczywistych terenów nordyckich. Liczne przypisy, które autor zamieszcza, pozwalają nam w pełni zrozumieć niezwykły i zawiły język tamtej epoki.

Ale jak każdy kryształ ma rysy i wady, tak ta książka je posiada. Jednakże są one zarówno zaletami jak i wadami. Nie każdy na pewno się ze mną może z tym zgodzić. O gustach się nie dyskutuje. W moim mniemaniu, przypisy, którymi nas zasypuje Gołębowski, bywają nieraz dłuższe od samego tekstu książki. Proporcje potrafią być zaskakujące, tak więc 7 linijek tekstu, a reszta przypisu wyjaśniająca zaledwie 3 słowa zawarte w tekście. Jednak zaletą tego wszystkiego jest to, że słowa te już nie są nam obce. Następną rzeczą, która mnie zraziła, to bardzo długie i szczegółowe opisy bohaterów, miejsc i sytuacji. Ale jak napisałam wcześniej każda wada może być też zaletą. Osobiście gustuję w książkach, w których jest więcej dialogów.

Podsumowując „Powstanie Harsfjordshoff” to bardzo interesująca książka, która z pewnością znajdzie licznych fanów. Znajdziecie w niej wszystko czego dusza zapragnie, od mitologii, przez sensację, kończąc na romansie. Barwny i bogaty język sprawią, że miłośnicy takich klimatów nie zawiodą się na lekturze.

by Magda M dla PB