Recenzja: Papierowe miasta – John Green

56789

Sen gorejący

Błądząc niedawno korytarzami delikatnie zrujnowanego muzeum, ujrzałem wybitnie piękną młodą damę, której epickie kształty uskrzydliły mój intymny kłębek myśli i ewidentnie przyczyniły się do emigracji mądrości z mego mózgowia. Subtelnie rozczochrana, skąpo odziana przedstawicielka płci pięknej prędko przeobraziła mą oziębłą postać w łaknącego żarła drapieżcę – przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka. Gończego psiaka obsesyjnie podążającego za nadzwyczaj powabną, acz równie przebiegłą łanią. Sarenką o przepięknych kopytkach i anielskiej wątrobie. Dziewczyną o urodziwym ciele, jak również iście dworskim charakterze – eleganckim, harmonijnym wnętrzu. Miała na imię Afrodyta. Przy pomocy metafizycznej gliny uczyniłem ją kobietą idealną. Byłem święcie przekonany, iż wbrew swym marmurowym genom, grecka bogini zdoła mnie należycie pokochać.

Quentin Jacobsen jest – podobnie jak ja – człowiekiem aranżującym cudze dusze według własnych upodobań estetycznych, marzycielem usiłującym za wszelką cenę ucieleśnić swe utopijne wyobrażenia. Inteligentnym głupcem, który pragnie rozkochać w sobie ponętną jako Nike z Samotraki sąsiadkę, Margo Roth Spiegelman – zakazany owoc o hipotetycznie cudownym smaku. Owoc piękny, iście egzotyczny, aczkolwiek trujący. Owoc toksyczny, lecz wysoce uzależniający. Owoc pozornie owocny.

John Green stanowi niewątpliwie przykład rośliny zdrowej niczym ryba. Roślinki zadbanej, nadzwyczaj dorodnej, rodzącej jedynie dobre płody. Nikt bowiem, kto zetknął się z twórczością tego sympatycznego Amerykanina zaprzeczyć nie może, że współtwórca projektu Vlogbrothers posiada wyjątkowe predyspozycje do logicznego scalania literek w wyrafinowane słodko-kwaśne skupiska. Zdania raz proste, raz złożone, jednak zawsze DNA a’la mister Green przesycone. Ciągi wyrazów przyjemne dla oczu bądź uszu, ale zarówno syte dla umysłu. Skrawki literatury młodzieżowej doskonałe w każdym calu i idealne w każdej głosce…

„Papierowe miasta” zewsząd emanują mądrą radością albo radosną mądrością. To swoisty poradnik pozytywnego myślenia obnażający, ometkowaną egoizmem i próżniactwem, naturę ludzką. To opowieść o bezustannym rozwieraniu matrioszek, jakimi jesteśmy. Powiastka o restauracji drewnianych laleczek – syzyfowej pracy, którą, nierzadko, na przekór owym lalom wykonujemy. To historia o miłości, wytrwałości, przyjaźni oraz innych pochodnych młodości.

Ogólnie rzecz ujmując, „Papierowe miasta” potrafią uwieść człowieka jako nowiuśki smartfon za symboliczną złotówkę. Twór pana Greena nie ma albowiem konkurentów śród powieści adresowanych do młodzieży, gdyż niesztampowość, dyskretna niezwykłość i fenomenalna narracja czynią go wzorcem niemalże niedościgłym. Dziełem wspaniałym. Podręcznikiem siodłania lwów. Instrukcją obsługi kamiennych Afrodyt.

by Francuz