Recenzja: PUNKHEAD – Piotr Sender

punkheadWe Are Young

Człowiek to nie jest piękne zwierzę. Człowiek to bestia szczwana jako sfinks i natrętna niczym lichy owadzi krwiopijca. Człowiek to egoistyczne prosię przyozdobione błotem – piętnem swych niezliczonych grzechów. Człowiek to hiena, istna maszkara raz po raz przedrzeźniająca echa własnego chichotu, kreatura wysoce arogancka, głosząca tu i ówdzie wieść o swojej jawnej doskonałości. Człowiek to czara przepełniona wrzącym chaosem, który pod wpływem najmniejszego nawet impulsu potrafi przeistoczyć się w opary niezgody i maluśkie obłoczki nienawiści. Człowiek to potężny cumulus wszelakich emocji, prawdziwy wulkan uczuć – nieprzewidywalny, tajemniczy stwór plujący gwałtownie gniewem na wszystkie cztery świata strony. Piewca wolności. Propagator niewoli.

Michał, to człowiek z krwi i kości. Dwudziestokilkuletni, wulgarny skinhead szerzący przy pomocy przemocy faszystowską ideologię. Wiecznie otumaniony ciemnozłotym trunkiem bądź przesiąknięty odorem papierosów Marlboro. Zbuntowany, osobliwy student wychowania muzycznego nieustannie poszukujący w żmudnych codziennych czynnościach, szczypty niepowtarzalnej autonomii.

Marta Pawlik, czyli dusza niebagatelnie zbłąkana. Chodzący paradoks szukający niezależności w przynależności do ugrupowania głodnych anarchii punków. Ładna, acz niekoniecznie zadbana piętnastoletnia dziewczyna, trująca się dzień w dzień tytoniowym dymem. Nieco wyalienowana, nadzwyczaj nieodpowiedzialna, pozbawiona – podobnie jak Biały – daru oddzielania ziarna od plew.

Marsz niepodległościowy – miejsce konfrontacji dwu niespełna odmiennych, lecz także niespełna jednakich stronnictw. Lewicy i prawicy. Niechlujnego bałaganu i pedantycznego porządku. Pięści i pięści. Czerni i bieli. Ognia i wody. Pijaństwa i pijaństwa. Sodomy i Gomory…

Trzysta czterdzieści stron to niezbyt wiele. Fitzgerald co prawda zdołał upchnąć tonę refleksji i kilogram piękna w jedynie dwustu stronicach „Wielkiego Gatsby’ego”, ale daleko jeszcze polskiemu dwudziestoparolatkowi do kunsztu zwięzłości amerykańskiego kronikarza epoki jazzu. Mimo to pan Sender jest niejako współczesnym odpowiednikiem Francisa Scotta – dziejopisem ery znoszonych glanów i przepoconych dresów. Autorem, który nie bał się przyodziać w ortalion nawet Boga.

Śmiałość stanowi ewidentny motor napędowy prozy Piotra Sendera. „Punkhead” bowiem zewsząd emanuje młodzieńczą werwą ucieleśnioną zwłaszcza w ciętym – nierzadko okraszonym przekleństwami, niekiedy stanowczo przekraczającym granice obyczajności – języku powieściopisarza. Języku intrygującym, ale subtelnie żałosnym. Języku jednocześnie wzbudzającym zachwyt i irytację. Języku będącym i ogromną zaletą, i potężną wadą.

Największym, jednoznacznym z kolei atutem książki zdolnego literata, nazwać można kreację postaci drugoplanowych, ponieważ każda z nich jest tak wyrazista jako plama krwi na nowiuśkiej białej koszuli. Niestety pomniejsze osóbki przewyższają swoją ponętnością dwójkę głównych bohaterów, pozbawioną czegoś szalenie istotnego, acz niemożliwego do jednoznacznego skonkretyzowania. Czegoś a’la charyzma Sokratesa, bądź urok osobisty Casanovy. Czegoś niby soczysty make-up Joli Rutowicz, czy cysterna botoksu zlokalizowana pod skórą jednej z hollywoodzkich aktorek. Czegoś wybitnie swoistego.

Bezapelacyjnie klawym, a zarazem wielce zbawczym elementem powieści wypadałoby również określić melancholijne, owite delikatną mgiełką metaforyczności zakończenie fikcyjnej historii, które idealnie wieńczy – trochę kulawą – opowieść o poszukiwaniu w dzisiejszym świecie własnej tożsamości oraz szczerej, obopólnej miłości.

Ogólnie rzecz ujmując „Punkhead” w całej swej nieprzyzwoitości prezentuje się nawet przyzwoicie. Nie jest to owszem twór dorównujący jakością i pomysłowością dziełom Pilcha albo Tokarczuk, ale nie można tudzież Piotrowi Senderowi zarzucić grzechu grafomanii. Młody pisarz wysnuł albowiem powiastkę dość interesującą, zasługującą w sześciostopniowej skali oceniania na lekko ułomną czwórę. Ocenę dobrą – niewątpliwie adekwatną do poziomu dzieła prawiącego o tym, iż „coś w szaleństwach jest młodości, wśród lotu, wichru, skrzydeł szumu, co jest mądrzejsze od mądrości i rozumniejsze od rozumu”*.

by Francuz

* Leopold Staff „Znad ciemnej rzeki” (fragment)