Recenzja: Król złodziei – Cornelia Funke

krol-zlodzieiSkrzydlate lwiątka

Czas galopuje wprzód, zatracając swe drobne członki w czeluściach przeszłości. Sekundy, minuty, godziny… dnie całe i pełne cykle kalendarzowe – wszystko błyskawicznie kona na naszych oczach. Staje się częścią historii, jaką kiedyś opowiemy naszym potomkom. Dzieciom, brykającym radośnie na wzór młodych tygrysków. Dzieciom uśmiechniętym niezależnie od pogody. Dzieciom maluśkim, niespełna świadomym dni jutrzejszych, acz ślepo ku przyszłości biegnącym. Dzieciom pragnącym momentalnie dorosnąć.

Szczęśliwe dzieciństwo stanowi fundament radosnej człowieczej egzystencji. Trudno jednak epitetem traktującym o szczęściu określić szczenięce lata Prospera i Bonifacego. Oni bowiem stracili właśnie matkę, której siostra Estera pragnie zaadoptować jedynie młodszego z dwojga rodzeństwa. Starszy zaś brat trafić ma do internatu, aby mgła niepamięci otuliła jego postać. Nic dziwnego więc, iż złączeni wiązami braterstwa chłopcy postanawiają uciec, jak najdalej od bogatej, egoistycznej ciotki. Czmychnąć hen, aż do baśniowej krainy pełnej skrzydlatych lwów, fruwających rumaków i szlachetnych złodziei. Włoskiej mieściny, usadowionej na drewnianych palach. Utopii, zwanej finezyjnie Wenecją.

Niełatwo prozą zadowolić rozmarzone szkraby, albowiem żaden dzieciak nie zrozumie wzniosłych, nasączonych erudycją frazesów, zarazem zaś nie ścierpi zapewne banalnych zagrywek fabularnych. Wyobraźnia malców dorównuje przecież zazwyczaj swym ogromem umysłom a’la Tolkien bądź Herbert. Tyle tylko, iż niektóre jej sektory są jak gdyby nieco przytłumione, przez co żadna z ludzkich pociech nie rozwikła tajemnic pokroju spraw Sherlocka Holmesa, czy też C. Auguste Dupina. Energiczne smyki łapczywie konsumować będą jedynie smakowo zrównoważone literackie potrawy – dania polane sosem słodko-kwaśnym stanowiącym ewidentną wizytówkę świetnej pisarki zza naszej zachodniej granicy – powszechnie znanej i lubianej Cornelii Funke…

Pani Funke – tłumaczona na około czterdzieści języków autorka ponad pięćdziesięciu książek adresowanych do dzieci i młodzieży, słusznie określana mianem „niemieckiej Rowling”. Znakomita twórczyni fikcji, mieszająca w swych powieściach realizm z odrobiną wykwintnej magii. Teoretycznie pedagog ilustrująca piśmiennicze wypociny, w praktyce jednak kreatorka nowych, nadzwyczaj kuszących światów.

Skierowane do najmłodszej warstwy społecznej publikacje emanują zazwyczaj zewsząd niezbyt magnetyczną naiwnością typu „byłem happy, jestem happy i zawsze będę happy nawet wtedy, kiedy zostanę zaetykietowany jako unhappy”. Można twierdzić, że to naturalny element takowej literatury. Bądź co bądź – jednych taki schemat odrzuca, innych przyciąga, ale z pewnością wzbudza jakiekolwiek emocje. W „Królu Złodziei” ten wrodzony element jest profesjonalnie zduszony. Oczywiście nie oznacza to, iż otrzymujemy na tacy ogarniętych depresyjnym szałem złodziejaszków. Autorka po prostu zgrabnie przeistoczyła niejednoznaczną wadę, nad którą zazwyczaj ubolewam w jednoznaczną, ornamentalną wręcz zaletę. Dzięki temu utkane atramentem bądź tuszem drukarskim postaci u Funke zdają się być al dente – idealnie zrównoważone – ni absurdalnie rozradowane, ni dołująco zrozpaczone. Takie w sam raz.

Podobnie rzecz ma się z resztą substancji prostych „Króla Złodziei”. Język, wysoce nieprymitywny, wszakże lekki i całkowicie zrozumiały potrafi oczarować nie tylko malców, lecz także trochę dojrzalszych przedstawicieli człowieczej rasy. Weneckie otoczenie kreowane jedynie słowem zaskakuje pięknem, rodem z fachowych fotografii urokliwej laguny, pełnej zakochanych par i pasiastych gondolierów. Również fabuła – niby prosta, acz delikatnie wymiętolona porywa w wir uczuć wszystkich – małych, dużych, zapewne nawet podstarzałych, przemądrzałych tetryków o sercach ciosanych z kamienia. Nawet tych wiecznie rozdrażnionych staruszków. Zwłaszcza ich.

„Król Złodziei” jest bowiem delikatną, fenomenalnie dobraną mieszanką różnorakich smaków, która zasmakuje nawet spoglądającym ukradkiem na bibliofilów pająkom. One szukając wzrokiem czarniawych literek też uronią jedną łezkę i zakołyszą śmiechem, jakby wysłuchiwały szkolnego referatu zasługującego na ocenę bardzo dobrą. Na chwilkę ponadto zdziecinnieją, tyle tylko, iż potem tego na łamach żadnego internetowego portalu nie opiszą, a zaledwie innym pokracznym pajączkom cichutko, skrótowo opowiedzą.

by Francuz