Recenzja: Nowa Ziemia. Świat po wybuchu – Julianna Baggott

nowa-ziemia-swiatZiemia jest kulista, lecz nieco spłaszczona u biegunów. Połacie traw, wodne akweny, piaszczyste pustynie, skaliste turnie, zlodowaciałe wybrzeża – to wszystko nasza matula Natura. Piastunka racząca ludzkość świeżym powietrzem oraz innymi dobrami, bez których nie moglibyśmy prawidłowo funkcjonować. Drzewa, kwiaty, drapieżna i roślinożerna zwierzyna, a także człowiek, trochę nieporadnie panujący nad ziemskim całokształtem. Cywilizacje, epoki, różnorakie nurty władające wszelaką sztuką. Idee, rewolucje, wojenne potyczki, egzekucje, czy też narodziny. Czegokolwiek by nie wymienić, jakiekolwiek słowa wypowiedzieć – nie ma rzeczy, zdarzenia, istnienia, co zapomniano opatrzyć go etykietką błękitnej planety. Wszystko dziś jest częścią roztańczonego, wiecznie wirującego globu. Wszystko dziś jest częścią marnej kuleczki, której Julianna Baggott postanowiła nadać nowe, niekoniecznie piękne oblicze.

Nowa Ziemia zapewne zachowała swą krągłą figurę, przygładzoną delikatnie u skutych lodem biegunów. Wszelkie inne podobieństwo przeminęło jednak jak ręką odjął podczas Wybuchu. Nagle bowiem niebo roziskrzyło się blaskiem tysiąca słońc. Okryło człowieczą planetę uściskiem śmiertelnego lśnienia, wyrywając z jej rąk znaczną część ludzkości. Innych zaś zostawiając na pastwę losu, zespojonych z różnorodnymi żywymi i nieożywionymi elementami przyrody. Matki połączone nieustannie ze swymi dziećmi, chłopcy naszpikowani szklanymi odłamkami, dziewczynki o plastykowych dłoniach, mężczyźni złączeni z rozjuszonymi przedstawicielami ptasiej rasy. Oprócz tego mięsożerne Pyły przytwierdzone do budynków, mętnego podłoża, bądź drzew. Prężne bestie, co zatraciły swoje człowieczeństwo. Oraz żołnierze Organizacji Przenajświętszej Rewolucji – rekruci bez litości zabijający wszystkich napotkanych na swej drodze nieszczęśników. Ludzi wszelkiej maści, karmiących się nadzieją ucieleśnioną w postaci niedostępnej, szczel nie zamkniętej Kopuły, będącej ostatnim siedliskiem zdrowych i wesołych osobników. Czystych.

On jest synalkiem najbardziej wpływowego człowieka pod wielką czaszą. Ona zaś wnuczką schorowanego krawca ciał, mieszkającego w pozostałościach starego zakładu fryzjerskiego. On ucieka przed złowrogim, szalonym wręcz ojcem. Ona nie chce stać się członkinią przeklętej militarnej organizacji. On szuka zaginionej matki. Ona potrzebuje schronienia. Obydwoje, aby dobrnąć do celu muszą poprosić o pomoc chłopca, którego uznano już za martwego – szaraczka, co wraz z nim ułożą puzzle odsłaniające dobrze zamaskowane rogi świętych i skrzydła potępionych…

Dystopia jest dziedziną fantastyki, która zasmakowała już najprawdopodobniej wszystkiego. Autor może tutaj przecież posiekać ludzkość na kawałki rzeźniczym tasakiem. Nikt mu tego nie zabroni, acz takowa apokalipsa byłaby wyjątkowo miernym końcem świata. Zakończeniem pozbawionym finezyjnego wydźwięku, mającego zmusić nas do jakichkolwiek refleksji i działań. Chmara owszem nie wymyśli niczego nowego w tej grupie fabularnych utworów, ale Julianna Baggott… też wielu innowacji do dystopijnych wyobrażeń nie wprowadziła. Mimo to profesor na Wydziale Pisania Kreatywnego Uniwersytetu Stanowego Florydy zasłynęła w literackim świecie swą „Nową Ziemią” stanowiącą pierwszy tom trylogii Świat po Wybuchu. Wszystko to najprawdopodobniej dlatego, że ukazała nasz diabelski świat poprzez nadzwyczaj prawdziwy pryzmat. Przez soczewkę wiodącą czytelników w głąb zgniłego, spopielonego krajobrazu, który niegdyś niechybnie zastąpi kwieciste polany.

Pani Baggott namalowała widok zbroczony krwią i nieszczęściem. Lecz pierwszy plan jej obrazu zajmują wykreowani mistrzowskim pędzlem bohaterowie. Pressia, Partridge, Bradwell zostali obdarzeni ładnie ukształtowanymi umysłami, a także wieloma, nierzadko odmiennymi cechami. Autorka przy pomocy kontrastu, buduje bowiem między głównymi postaciami symbiotyczną więź. Scala bielusieńki śnieg z wszechobecnym popiołem. Brudzi. Rozjaśnia. Przeinacza. Przeistacza.

Pisarka nie gardzi też dopracowanym słowem. Jej język jest zrozumiały, choć nieco specyficzny. Krótkie zdania idealnie wizualizują dynamiczne zdarzenia. Dłuższe zaś świetnie kotłują emocje odbiorcy. Tych natomiast w tworze Amerykanki nie brakuje. Opisy zmutowanych istnień przyprawiają człowieka o dreszcze a’la King, nie wspomniawszy już o wewnętrznych przeżyciach igrających ze śmiercią postaci. Narracja, chociaż trzecioosobowa u Baggott została lekko spersonalizowana. Miesza ona po prostu subiektywizm z obiektywizmem, tworząc tym samym konsystencję znośną, a nawet przyjemną w smaku.

„Nowej Ziemi” nie można zarzucić błędów. Stanowi ona krótko mówiąc – pozycję godną uwagi. Dobrą. Bardzo dobrą powieść dla szukających ciekawych lektur młodych ludzi. Książkę nadzwyczaj przyzwoitą, ale odległą od wybitności. Pracę zasługującą na szczerą szkolną piątkę. Bezbłędnie spełniającą powierzone jej zadanie. Lecz nie nadprogramową. Nie awangardową.

Bądź co bądź twór pani Baggot zachwyca. Czaruje przepięknym w swej brzydocie światem. Jałowym kawałkiem przestrzeni, który ponure chmury uraczyły opadami popiołu. Poletkiem doszczętnie zniszczonym, ale karmionym nadzieją, co była, jest i będzie. Zawsze. Wszędzie.

by Francuz