Recenzja: Karmazynowa korona – Cinda Williams Chima

177369_karmazynowa-korona_546

Tysiąc lat temu dwoje kochanków zostało rozdzielonych bezpowrotnie – on zginął, a ona musiała odnaleźć w sobie siłę, by móc rządzić królestwem. Teraz historia się powtarza. Fells drży w posadach – zbliża się wojna, której nikt nie może zapobiec. Młodziutka królowa Raisa ma trudności z utrzymaniem pokoju, zwłaszcza gdy jej najbliżsi mają przed nią sekrety. W dodatku Wielki Mag zdaje się mieć swoje własne plany wobec młodej władczyni. Tymczasem Raisa może ufać tylko Hanowi, przyjacielowi i ukochanemu, któremu wbrew sobie oddała serce i który darzy ją gorącym uczuciem. Ale Han jest czarownikiem, z którym Raisa nigdy nie będzie mogła się związać – klany nie wybaczyłyby takiej zniewagi. Czy w ostatecznej rozgrywce wygra rozsądek i zobowiązania czy gorące uczucie?

Karmazynowa korona to finałowa część czterotomowej serii Siedmiu Królestw od Cindy Williams Chimy i jednocześnie powieść, od której odbiorca wymaga najwięcej – to właśnie ten tom ma udzielić odpowiedzi na tysiące nurtujących nas pytań i nasycić głód historii, który tak długo był pobudzany oczekiwaniem na wielki finał. Chima stworzyła zapierający dech w piersi świat oraz całą plejadę wspaniałych, pełnowymiarowych postaci. Czy jednak zadowoliła odbiorcę zakończeniem powieści?

Narrator wszechwiedzący wciąga nas w pasjonującą opowieść o wielkiej miłości i intrygach politycznych, które mogą zmienić bieg historii. Zostajemy – podobnie jak główni bohaterowie – poddani próbie. Musimy sami odnaleźć prawdę w opowieści sprzed tysiąca lat i odnieść się do wydarzeń rozgrywających się tu i teraz. Każdy rozdział mówi o innym bohaterze, co dodatkowo dynamizuje powieść – dzięki temu i my jesteśmy w różnych miejscach, możemy obserwować historię z wielu perspektyw.

Wspominając Karmazynową koronę myślę przede wszystkim o uczuciu łączącym Raisę i Hana – o niełatwej, gwałtownej i naznaczonej tęsknotą miłości. Muszę przyznać, że to uczucie jakich mało – jako czytelnik byłam w stanie poczuć dokładnie to, co czuli bohaterowie. Rozumiałam ich rozterki oraz niepewności i tym samym dopingowałam im ze wszystkich sił, powtarzając sobie, że w końcu taka miłość nie może pójść na marne! Jednocześnie patrząc wstecz i analizując wydarzenia z poprzednich tomów powieści, nie byłam pewna, czy autorka zadowoli mnie swoimi wyborami – już i tak wystarczająco pogmatwała życie tej dwójki bohaterów. Zatem czy finał mnie zadowolił? Oczywiście! Choć samo wykonanie mogło być nieco bardziej dopracowane.

I tu właśnie wspomnę o tym, co mi się nie podobało – choć powieść jest szalenie dynamiczna, a akcja gna przed siebie, nie dając odbiorcy nawet chwili wytchnienia, to jednak miałam wrażenie, że niektóre elementy fabuły były odrobinę niedopracowane. W dodatku nierzadko łapałam się na tym, że irytują mnie pewne fragmenty – bardzo ogólnikowe, zupełnie niepodobne do dotychczasowego stylu pisania autorki. Można odnieść wrażenie, że Cindzie bardzo śpieszno i dlatego nie rozwijała niektórych dialogów ani scen, jakby ograniczała się do minimum. A przecież właśnie ta szczegółowość opisów była jej znakiem rozpoznawczym – przypomnijmy sobie Króla Demona, w którym autorka poświęciła znaczną część powieści na samo wprowadzenie odbiorcy w świat przedstawiony i wierzenia zamieszkujących go ludów. I mimo tego, że otrzymałam odpowiedzi na wszystkie moje pytania, a moment kulminacyjny był satysfakcjonujący, to i tak pozostał jakiś niesmak wywołany właśnie owym drobnym niedopracowaniem.

Karmazynowa korona to w ostatecznym rozrachunku godne zwieńczenie serii Siedmiu Królestw, choć na pewno nie tak dobre, jak poprzedni tom – Tron Szarych Wilków. Pojawiły się małe potknięcia, ale całość okazała się szaloną gonitwą ku prawdzie i wolności. Gonitwą naznaczoną bólem, rozczarowaniami i tęsknotą, a także – a może przede wszystkim – nadzieją. Autorka doskonale poradziła sobie z kreacją wszystkich bohaterów, a zwłaszcza czarnych charakterów, którzy czasem potrafili mnie zaskoczyć. Nie ukrywam, że przeczytałam tę książkę z prawdziwą przyjemnością i zapartym tchem, momentami wręcz szalenie obawiając się o losy moich ulubieńców. Dlatego też całą serię polecam nie tylko fanom autorki, ale także wszystkim osobom, które lubią powieści pełne realistycznie nakreślonych sylwetek bohaterów i zachwycający świat przeładowany wieloma tajemnicami. Daję ocenę 5/6 i przyznaję, że jeszcze nie raz wrócę do Fells, by na nowo spotkać się z Raisą i Hanem. Polecam!

**** Tirindeth by mybooksbytirindeth dla PB