Recenzja: Prawdziwe morderstwa – Charlaine Harris

345678„Spoglądaliśmy w oblicza demonów, a wszystkie zasady współżycia społecznego i dobre maniery, które nam tak starannie wpajano, nie miały tu zastosowania. Nie było żadnej nagrody za dobre zachowanie.”

 

Aurora Teagarden to młoda i inteligentna kobieta, mieszkająca w niewielkim miasteczku Lawrenceton na przedmieściach Atlanty. Na co dzień pracuje w miejscowej bibliotece i pomaga matce w zarządzaniu kilkoma domami, przez co wie o swoich sąsiadach więcej niż przeciętny mieszkaniec. Skromna i cicha bibliotekarka, co piątek zmienia się jednak w domorosłego detektywa i wraz z kilkoma innymi osobami stara się rozwikłać najbardziej tajemnicze zbrodnie, jakie miały miejsce przed laty w różnych zakątkach świata. Prawdziwi Mordercy – bo tak sami siebie nazywają – nie przypuszczają jednak, że przyjdzie im zmierzyć się ze zbrodniarzami na ich własnym podwórku. Kiedy Aurora znajduje ciało jednej z członkiń klubu, zamordowanej w sposób niepokojąco przypominający starą zbrodnie, wikła się w niebezpieczne śledztwo, w którym podejrzanymi stają się jej właśni sąsiedzi.

Charlaine Harris chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Autorka bestsellerowej serii o Sookie Stackhouse, która podbiła serca milionów czytelników i doczekała się serialowej ekranizacji powraca, tym razem w całkiem nowej odsłonie. Nie zdziwi więc chyba nikogo to, że po powieść o Aurorze Teagarden sięgnęłam z zaciekawieniem i niemałą przyjemnością. Jak Harris wypada w nowej roli?

Aurora jest na pozór niczym nie wyróżniającą się młodą kobietą. Jakoś wiąże koniec z końcem, nie narzeka na brak przyjaciół, od czasu do czasu zastępując ich towarzystwem książek. Ot, spokojne życie skromnej bibliotekarki. Cóż, może zbyt spokojne. Wszystko zmienia się, kiedy los zaczyna rzucać jej pod nogi… trupy. Dosłownie. Od tej pory już nic nie jest zwyczajne, tym bardziej, że ktoś zaczyna na nią polować. W niebezpieczeństwie towarzyszą jej jednak dwaj uroczy mężczyźni – przystojny policjant i intrygujący młody pisarz. Wraz z nimi Roe musi zmierzyć się z tym, co nieoczekiwane.

Pisarkę polubiłam już w poprzedniej serii, która w środowisku krytyczno literackim wzbudziła niemałe emocje. Tym razem Charlaine pisze spokojniej, być może z większym dystansem, jednak wcale nie gorzej. Język, chociaż niezbyt barwny, jest odpowiedni do tego typu powieści. Nie jest to całkowicie kryminał, choć wszystkie potrzebne elementy ku temu zostały spełnione, ale uznałabym to raczej za lekką opowiastkę z elementami sensacyjnymi. Jest tu intryga, tajemnica, odpowiednia ilość krwi, kilka trupów, jednak wszystko okraszone pewną dawką humoru, przez co powieść czyta się z zapartym tchem i ogromną rozkoszą.

Bohaterowie nakreśleni zostali bardzo dobrze, Aurorę polubić można już od pierwszej strony i pałać do niej sympatią przez resztę czytanej książki. Ze specyficznym poczuciem humoru, nieprzeciętną inteligencją i ciętym językiem, Roe jest niemal bohaterką idealną, jednak nie wyidealizowaną. Nie można się do niej zniechęcić, a przynajmniej ja nie potrafię. Pozostałe postaci także są całkiem niezłe – dociekliwy policjant, serce oddający służbie (no, może nie całkiem służbie), chudy pisarz, szukający swego miejsca na świecie, no i oczywiście morderca – tajemniczy, sprytny i inteligentny.

Fabuła zawiera w sobie niewiele wątków, przez co powieść jest nieskomplikowana i przyjemna. Główny wątek jest dobrze skonstruowany, a tajemnica jaką zawiera jest dopracowana w najmniejszym szczególe. Przyznam szczerze, że do samego końca nie miałam pojęcia, kto stoi za morderstwami w Lawrenceton, co bardzo rzadko się zdarza. Już dawno nie czytałam tak zaskakującej i tak barwnej powieści!

Prawdziwe morderstwa polecam przede wszystkim fanom Charlaine Harris, których znudziły już powieści o wampirach i istotach nadnaturalnych. Także zwolennicy kryminałów i powieści sensacyjnych w każdym wieku znajdą tu coś dla siebie. Zachęcam do poznania tajemnic Lawrenceton – miasteczka, które żyje tajemnicą.

 

Moja ocena: 5/6

by Verrikaa