Recenzja: Insygnia. Wojny Światów – S. J. Kincaid

insygTom Raines chciałby być kimś wyjątkowym. Tymczasem jego życie to nieustanna wędrówka od kasyna do kasyna z ojcem, pechowym hazardzistą. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia. Ktoś dostrzega osiągnięcia Toma w świecie wirtualnych potyczek. Chłopak dostaje propozycję – może zostać kadetem w Wieży Pentagonu, elitarnej akademii wojskowej. Jeśli przetrwa, stanie się członkiem Sił Układu Słonecznego, nadludzką maszyną bojową, zdobędzie wszystko, czego pragnął – przyjaciół, zainteresowanie dziewczyn, szacunek rywali – i poprowadzi swój kraj do zwycięstwa w III wojnie pozaziemskiej. Ale czy jest gotowy zapłacić za to najwyższą cenę?

Zasadniczo pierwsza część serii opowiada głównie o życiu w Wieży Pentagonu. Czytelnik nie jest wrzucony w sam środek poważnej kosmicznej bitwy – musi najpierw poznać zasady rządzące światem stworzonym przez S.J. Kincaid. Insygnia to niejakie wprowadzenie, okazja do obycia się ze stylem autorki. Jest to powieść, która pozwala nam zrozumieć, czy lubi się takie klimaty czy nie. Tutaj nie uraczymy jeszcze klimatu niebezpieczeństwa i walki, wszak większy nacisk został położony na relacje pomiędzy Tomem i innymi postaciami. Miałam wrażenie, że znowu jestem w Obozie Herosów znanym z powieści Ricka Riordana – poszczególne oddziały rywalizowały ze sobą na różnych potyczkach mających wyłonić spośród nich tych najlepszych. A ile miałam zabawy podczas czytania o tym, jakie to wirusy stosowali w tych pojedynkach!

To nie jest pozycja dla fanek (fanów ewentualnie) wątków romantycznych – Insygnia są napisane przez kobietę, ale widać, że bardziej docelowym targetem będą chłopcy oraz dziewczyny niebojące się bardziej technicznych tematów. Czyli mnie. Jak Tom został przerzucony do Pentagonu, od razu z większym zainteresowaniem zaczęłam czytać. Najpierw przerażało mnie to, że bohater jest ode mnie trochę młodszy (ostatnio zrobiłam się wyczulona na książki młodzieżowe, w których bohaterowie są młodsi ode mnie. Już takich powieści w większości przypadków czytać nie umiem, bo to nie mój poziom mentalności), ale potem się przemogłam (jak tylko pojawiła się wizja jakiejkolwiek walki).

Nie jestem aż tak zachwycona, jak mogłabym być, to chyba przez to, że mój umysł był gdzieś obok Lewina i Obłońskiego, zahaczając o familię Earnshaw’ów. Humor nie ten, faza nie ta, za stara chyba już jestem na młodzieżówki wszelkiego rodzaju. Ale to nie zmienia faktu, że fani np. książek Riordana czy Granta niezwłocznie powinni przeczytać Insygnia. Ładnie napisana, naprawdę genialny pomysł na fabułę, ciekawi bohaterowie i napięcie! Bo nigdy nie wiesz, co Ci się przytrafi w życiu, raz możesz być bezdomnym, a potem bohaterem z komputerem w mózgu ratującym świat. Choć w sumie ja nie chciałabym mieć takiego komputerka w mózgu. Zabrałoby mi to jakąkolwiek prywatność. Ale czego się nie robi, żeby zostać KIMŚ? Czytajmy Insygnia, lepsze to, niż banda nastolatek uganiająca się za paranormalnym „czymś”. Bez urazy dla nielicznej grupy dobrych PR. Stawiam 5! Przyznam, że nie mogę się doczekać drugiej części – już czuję, że zapowiada się przednia zabawa! I nie ma żadnych błędów, które trzeba by było autorce wytknąć, co niezmiernie mnie raduje. Sądzę, że nie tylko ja nie pogardziłabym większą ilością historii tego typu na rynku wydawniczym. Nadal jest mi ich za mało…

 ****Sihhinne by Island full of treasures dla PB