Recenzja: Skrzydła gniewu – C.S. Friedman

skrzydla_gniewuWiele się zmieniło od czasu śmierci księcia Andovana, chociaż minęło tak mało czasu… Kamala postanawia po raz kolejny poprosić swojego starego nauczyciela Ethanusa o pomoc, mimo że wie, iż to oznacza złamanie Prawa. Rhys wybiera się w ciężką i niebezpieczną podróż, by upewnić się, że Gniew Bogów został nienaruszony. Siderea także wybiera się w podróż – pragnie odnaleźć sposób na to, by uniezależnić się od zimnych i podstępnych Magistrów, którzy zostawili ją w momencie największej słabości. Również Gwynofar nie zamierza bezczynnie siedzieć – zostawia świeżo ukoronowanego syna w stolicy Wielkiego Królestwa, by samej ruszyć do rodzinnych krain i zapobiec atakowi przerażających Duszożerców. Na północ wybiera się również Colivar, nieświadomy tego, z kim przyjdzie mu pracować. Koniec Drugiej Ery Królów zbliża się wielkimi krokami. Naprzeciw sobie staną bogowie i Duszożercy. Kto wygra? I jak będzie wyglądać świat, gdy kurz bitwy opadnie?

„Skrzydła gniewu” autorstwa C.S. Friedman to druga część Cyklu o Magistrach, zapoczątkowanego „Ucztą dusz”, którą pierwszy raz na księgarskich półkach mogliśmy ujrzeć w kwietniu 2012 r. Główną bohaterką Cyklu jest Kamala, młoda czarownica, która zapragnęła poznać tajemnicę nieśmiertelności i nieograniczonej mocy Magistrów. Ze względu na burzliwą przeszłość, zmuszona jest ukrywać się przed nimi, ponieważ kara za popełnione zbrodnie jest zbyt wysoka. W tym samym czasie w północnych krainach potomkowie siedmiu legendarnych Protektorów, ludzi, w żyłach których krąży lyr, czują, że Gniew Bogów – magiczna bariera, która oddziela Duszożerców (stwory podobne do smoków, żywiące się ludzkimi duszami) słabnie, wypuszczając na wolność stada bestii, które mogą doprowadzić do końca świata, jaki znają ludzie Drugiej Ery Królów.

Wiem, że może to zabrzmieć jak masło maślane, ale czytając „Ucztę dusz” odnosimy dokładnie takie wrażenie, jakie najprawdopodobniej planowała dla nas C.S. Friedman – od początku do końca czujemy, że powieść będzie o poszukiwaniu ludzi oraz odpowiedzi na pytania, które będą interesować głównych bohaterów. Będzie o podróżach, ucieczkach i zmierzaniu się z prawdą – nawet z tą najstraszliwszą. Wiemy, jak to wszystko się kończy, choć tak bardzo nie chcieliśmy w to wierzyć. Tymczasem „Skrzydła gniewu” od początku do końca są dla nas tajemnicą. Każda strona książki jest odpowiedzią na jedno z interesujących nas pytań, ale również źródłem kolejnych, znacznie bardziej niepokojących.

„Spojrzała na Rhysa. Wydostali się bezpiecznie z terytorium Alkali i znaleźli się poza zasięgiem niszczącego wspływu Gniewu, ale to nie poprawiło jego nastoju. Z oczu mężczyzny wyzierała pustka, jakby część jego duszy uleciała bezpowrotnie. (…) Przez wiele nocy obserwowała, jak leży w świetle księżyca, i z całego serca pragnęła ukoić jego duszę. (…)
Co należy zrobić, by pomóc człowiekowi, który stracił swoich bogów?”

Z reguły łatwo przewidzieć tempo akcji większości książek – zaczyna się wolno i spokojne (czasami ZBYT wolno i ZA spokojnie), jednak z czasem fabuła zaczyna gnać do przodu, tempo akcji zaczyna wzrastać i nim się obejrzymy, zdajemy sobie sprawę, że nie możemy się oderwać od książki – przecież bohaterowie nie zatrzymają się tylko dlatego, że my akurat mamy do zrobienia coś innego!
Kiedy czytamy „Skrzydła gniewu”, mamy podobne wrażenie, choć jednocześnie całkowicie inne od wyżej opisanego. Od pierwszej strony czytelnik wrzucony jest w wir wydarzeń, a później… Później się czujemy jak na wyjątkowo szybkim i krętym rollercoasterze – a czy nam się to podoba czy nie, zależy tylko i wyłącznie od indywidualnych preferencji każdego czytelnika.

Sądzę, że odpowiedzialnym za uczucie jazdy na szalonej kolejce górskiej jest nie tylko zawrotne tempo akcji i wrzucenie czytelnika na głęboką wodę, jako że „Skrzydła…” są drugą częścią serii, ale również liczebność i rozbudowanie wątków. A liczebność i rozbudowane wątków… No cóż.
Podczas lektury drugiej części Cyklu o Magistrach miałam uczucie lekkiego przepełnienia. Proporcje między ilością wątków, a objętością w „Uczcie dusz” jest idealne, z kolei jej kontynuacja jest wyraźnie krótsza, a bohaterów drugoplanowych i epizodycznych z ich opowieściami jest zdecydowanie zbyt wiele, przez co mamy wrażenie, że w powieści panuje lekki chaos. No dobrze, ewentualnie trochę większy niż „lekki”.

Mimo to uważam, że książka jest pozycją fenomenalną, trzymającą poziom swojej poprzedniczki. Świat przedstawiony pozostał nadal spójny, logiczny i fantastyczny, jak na C.S. Friedman przystało. Bohaterowie żywi, barwni, pełni obaw i niepokoju. Magia, jak zawsze w otoczeniu Magistrów, straszliwa i śmiertelna. Fabuła ciekawa, wciągająca, przerażająca, nieco skomplikowana, chociaż nadal zachwycająca. Ach! No i te przepowiednie – jednocześnie niosące zagładę i nadzieję na lepsze jutro.
Co tu dużo mówić – „Skrzydła gniewu” to kolejny dobry kawałek kobiecego fantasy w wykonaniu dobrej autorki. Nic innego mi na tę chwilę nie pozostało prócz wystawienia z czystym sumieniem oceny 5+/6 i oczekiwania na ostatnią część Magistrowej Trylogii – „Dziedzictwo królów” – które ukaże się już 14 marca. Serdecznie polecam!

***Jenny by oczami-jenny.blogspot.com