Recenzja: Droga Dziewiątego – Pittacus Lore

pittacus-lore9Historia ocalałych z zagłady na planecie Lorien znajduje się już na półmetku. Z zapowiedzianych sześciu ksiąg na polskim rynku debiutuje właśnie trzecia z nich, figurująca pod tajemniczym tytułem Droga Dziewiątego. 

Seria Dziedzictwa Planety Lorien z każdym rokiem nabiera coraz większego rozpędu. Świat, który został przedstawiony czytelnikowi we wprowadzeniu pod tytułem „Jestem Numerem Cztery” z każdą nową książką nabiera żywszych barw, staje się o wiele bardziej szczegółowy, a przez to niesamowicie intrygujący.
Fabuła jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z ostatnich stron drugiego tomu, tym razem podzielona na trzy strumienie narracji. Autor kontynuuje dość efektowny sposób opowiadania z poziomu pierwszej osoby w czasie teraźniejszym – tak jak wcześniej widzimy świat oczami Numeru Cztery, Numeru Sześć oraz Numeru Siedem. W polskim wydaniu relacja każdej z tych postaci drukowana jest innym rodzajem czcionki, co ułatwia zorientowanie się oraz nadaje opowieści pewnego pamiętnikowego charakteru.
Przerywanie opisu akcji w danym strumieniu i nagłe przejście do innego bohatera jest jednym z podstawowych zabiegów wzmacniających napięcie, będącym niezwykle charakterystycznym dla całej serii.
Istotny w dwóch poprzednich tomach wątek miłosny, który potem przerodził się w swego rodzaju trójkąt, tym razem został zupełnie zmarginalizowany. Rozterki sercowe Czwartego ustępują miejsca lękowi wobec wszechobecnego zagrożenia oraz wściekłości na brawurę i nierozwagę Dziewiątego. Co prawda, autor delikatnie zarysowuje narodziny nowego uczucia za sprawą wprowadzenia kolejnej postaci, jednak tonie ono szybko pod napływem scen akcji.

To właśnie momenty sensacyjne „Drogi Dziewiątego” w dużym stopniu zastąpiły romantyczność wylewającą się z „Jestem Numerem Cztery”. Zajmują większą część opowieści, a dzięki ulokowaniu ich w egzotycznych krajobrazach mocno pobudzają wyobraźnię. Pościg u podnóża Himalajów, zasadzka agentów rządowych, pojedynki z mitycznymi stworami, bitwa na górskim szczycie, bratobójcza walka na dachu wieżowca, zastępy opancerzonych wozów i śmigłowców na gorących piaskach Nowego Meksyku oraz kordony Mogadorczyków wypełniają niemal każdą stronę tego tomu. Wszystko to choć niezwykle efektowne opisane jest także z bardzo dużym realizmem oraz, co więcej, z dosłowną brutalnością – autor w tym przypadku nie przebiera w słowach. Może to dlatego w Stanach dostępne jest też ugrzecznione wydanie tej książki, specjalnie dla młodszych czytelników?
Jeżeli chodzi o ilość nowych miejsc, w które zostają rzuceni bohaterowie, to ta część z pewnością bryluje na tle pozostałych. Mamy tu bowiem bogatą charakterystykę rejonów Indii na czele z górskim krajobrazem przy granicy z Chinami, zestawione z opisami amerykańskich bezdroży wiodących aż do chicagowskiej metropolii, tętniącej kosmopolitycznym życiem. To właśnie zmiany lokalizacyjne są ogromnych plusem tej książki – w przeciągu jednego rozdziału oczom naszej wyobraźni okazują się miejsca oddalone od siebie o setki, a nawet tysiące kilometrów.

Chociaż kosmici dzięki swoim fantastycznym umiejętnościom są naturalnym katalizatorem kolejnych i coraz efektowniejszych potyczek, to jednak od zawsze najjaśniejszą częścią ksiąg loryjskich była niezwykle frapująca mitologia. Łączy bowiem ona dwa światy – Ziemię i Lorien – i w naprawdę fantastyczny sposób ujawnia się czytelnikowi. W tym tomie mianowicie treść rozdziału piętnastego wprawi wielbicieli tej sagi w niemały szok, który nie ustąpi aż do ostatnich stron. Co wydarzyło się na planecie Lorien w dniu inwazji, kim jest wszechwładny dowódca Mogadorczyków, gdzie podziewa się tajemniczy Pittacus Lore, jak na losy ziemian wpływały wizyty obcych cywilizacji oraz czy na pewno proroctwo o powrocie na Lorien się ziści? Te wszelkie niewiadome są absolutnym majstersztykiem, który sprawia, iż z niecierpliwością oczekuje się kolejnych tomów. Choć wiele z nich od czasów pierwszej księgi się wyjaśniło, m.in. prawdziwe przeznaczenie Gardów czy sposób funkcjonowania mogadorskiej machiny wywiadowczej, to powstało szereg nowych, które jeszcze bardziej angażują czytelnika i niemalże zmuszają do poszukiwania odpowiedzi.

W „Mocy sześciorga” do grona osób obdarzonych niezwykłymi mocami dołączyły aż trzy nowe postacie – Numer Siedem, Numer Dziewięć oraz Numer Dziesięć. W „Drodze Dziewiątego” do paczki dołącza wreszcie Numer Ósmy. Jest to postać zupełnie inna od reszty – jego przeszłość oraz tożsamość zahacza o nowe terytoria – jako Loryjczyk zdolny do zmiany swojego wyglądu zostaje uznany przez ludzi za długo oczekiwane wcielenie dewy Wisznu. Na jego cześć powstaje odłam wyznaniowy, który prowadzi aktywną walkę ze swoimi przeciwnikami. Dotykamy tu delikatnej kwestii paradoksu ortodoksyjności osób w niego wierzących, którzy w jego imię są zdolni do wszystkiego – choć ich domniemany bóg faktycznie nim nie jest. Zostało to zasugerowane dosyć pobieżnie, ponieważ kwestie związane z Ziemianami szybko odsuwane są w cień.
Mamy też Dziesiątą, która swoim pojawieniem się na łamach „Mocy sześciorga” wywróciła teorię dziewięciorga wybrańców do góry nogami, w trzecim tomie uzyskującą niezwykle pomocne Dziedzictwo, którego działanie skutkuje niemal całkowitym zjednoczeniem się młodych Loryjczyków.
Świetnie nakreślona została relacja pomiędzy Czwartym i Dziewiątym, którzy zdani na siebie po ucieczce z mogadorskiej bazy muszą współpracować, aby nie wylądować ponownie w rękach wrogów. Chociaż ich charaktery są zgoła odmienne, co prowadzi do nieustanych utarczek słownych, to ze względu na wspólny cel i wartości w bólach wypracowują porozumienie. Wszystko jednak komplikuje fakt, iż jeden z nich z dużym prawdopodobieństwem ma zastąpić Pittacusa Lore’a, co zapoczątkowuje spór o przywództwo w grupie.

Z zaledwie dwóch głównych bohaterów poznanych na starcie sagi, po trzech tomach uformowała się już spora ekipa indywidualistów. Czwarty (John), który w tym tomie zachowuje się wyjątkowo naiwnie i bez namysłu; Szósta (Maren Elizabeth) przyjmująca rolę kick-assa zdolna wyjść cało z każdej opresji; Siódma (Marina) próbująca zdać na piątkę szybki kurs dorosłości; Ósmy (Naveen), który nieskutecznie pohamowuje swoje alterego prawie-boga; Dziewiąty (Stanley), coraz bardziej sprawdzający się w roli lidera; oraz Dziesiąta (Ella), która zdaje się być czarnym koniem tej grupy. Każda z tych postaci jest istotna, gdyż jak wiadomo: „Strength in Numbers”.
Do pełnego szczęścia brakuje tylko Numeru Pięć, który zdaje się nie pałać szczególną chęcią do zjednoczenia. Czy to na nim/niej będzie skupiać się fabuła czwartej księgi?
Oprócz Loryjczyków na łamach powieści przewijają się także nowi Ziemianie w postaci agentów rządowych, ale i starzy znajomi, okryci złą sławą. Jedni starają się zrekompensować krzywdy, drudzy zaczynają budzić coraz większy niepokój. Czy uzasadniony, tego przekonamy się już w kolejnej części.

Droga Dziewiątego jest świetną kontynuacją losów dziedziców planety Lorien. Otwiera nowe wątki i stawia przed zaskakującymi pytaniami. W znaczący sposób rozbudowuje także mitologiczne podłoże, które jest kluczem do zrozumienia istoty całej serii.

by mitch dla PB