Recenzja: Podarunek śmierci – Bree Despain

Jak wiele bylibyście w stanie poświęcić dla tych, których kochacie? Zazwyczaj każdy na takie pytanie odpowiada od razu, że bardzo dużo, że niemal wszystko – nawet własne życie. Jednak odpowiedzi te padają dlatego, że sytuacja, w której miałoby do tego dojść, wydaje się być czystą abstrakcją. Ale czy możecie być pewni tego, co los dla Was przygotował?

„Podarunek śmierci” to ostatnia część trylogii Bree Despain o Grace Divine, której przygoda rozpoczęła się w książce „Dziedzictwo mroku”. Od dnia, gdy w jej życiu na nowo pojawił się Daniel Kalbi, wszystko uległo diametralnej zmianie. Dwie poprzednie części czytało mi się z ogromną przyjemnością, historia Grace i Daniela, a także ich przyjaciół i rodziny, niezmiernie przypadła mi do gustu. A czy wielki finał trylogii mnie zadowolił? Ogółem tak, chociaż czuję się trochę nieswojo ze świadomością, że to już koniec.

Od ciężkiego starcia, które miało miejsce w finałowej scenie „Łaski utraconej”, minęło pare dni. Grace nadal nie wie, co robić i nie wie, komu może w pełni zaufać. Oczywiście poza Danielem, ale tutaj pojawia się maleńki problem – Daniel nadal jest wilkiem i nic nie wskazuje na to, że wróci do ludzkiej postaci. Coraz więcej spraw się komplikuje, pojawia się coraz więcej problemów, z którymi Grace sama sobie nie poradzi. Musi zrobić wszystko, aby odzyskać Daniela, zdobyć wsparcie i uratować tych, których kocha. Jak wiele będzie w stanie poświęcić?

Może z wielu Was pomyśli, że to kolejny nudny romans paranormalny, w którym największym problemem dwójki głównych bohaterów jest to, że ich miłość jest tragiczna, niebezpieczna i powinni się trzymać od siebie z daleka. Może stwierdzicie, że znowu mamy do czynienia z wiecznie płaczącą i użalającą się nad sobą dziewczynką w kolejnej schematycznej powieści o wilkołakach. Nic bardziej mylnego! Grace po raz kolejny udowadnia nam, że jest silną osobowością, która wie, co oznacza miłość, poświęcenie i odwaga. Mimo swojej impulsywności jest postacią, która wie, czego chce i robi wszystko, aby to osiągnąć – z pewnością możecie się tego od niej uczyć. Podobnie Daniel – widzi w swojej dziewczynie ogromny potencjał i nie traktuje jej w sposób nadopiekuńczy. Wierzy w nią i stale ją wspiera, oboje walczą z przeciwnościami losu i nie wiedzą, co to znaczy poddać się.

Tym razem autorka odkrywa przed nami wszelkie sekrety, które wcześniej nie zostały ujawnione. Poznajemy odpowiedzi na pytania, które mogły nam przyjść do głowy podczas czytania poprzednich części. No i oczywiście dowiadujemy się, jaki będzie wielki finał historii rasy Urbat. Przed nami finałowa bitwa o władzę i uznanie, walka z wrogami, którzy stale zagrażają Grace, jej rodzinie, Danielowi i ich przyjaciołom. Nie chcę tutaj rzucać imionami, bo mogłabym Wam za wiele zdradzić i utracilibyście radość płynącą z czytania. Całe szczęście, że książka jest dosyć obszerna – ponad 500 stron – bo dzięki temu autorka mogła wszystko zakończyć w sposób idealny, a nie wrzucić wszystko do jednego worka. Znakomite opisy miejsc, sytuacji i bohaterów dają nam świetny obraz całego świata powieści. Nie brak tutaj także sporej dawki emocji, które towarzyszą nie tylko postaciom, ale również czytelnikowi.

Podczas gdy w poprzednich częściach akcja toczyła się w sposób umiarkowany i pod koniec przyspieszała, tak tutaj jest nieco inaczej. Raz pędzi, po chwili zwalnia, a za chwilę znowu przyspiesza. Mimo głównego punktu kulminacyjnego jest tu jeszcze wiele innych sytuacji pełnych napięcia, które budzą w czytelniku strach i przerażenie, a zarazem ciekawość. Nie znajdziecie tutaj czasu na znudzenie się lekturą. Sporo nieoczekiwanych zwrotów akcji, które potrafią nam nieźle namieszać w głowie, a dodatkowo nie mamy pewności, co do zakończenia. Powiem Wam szczerze, że ja do samego końca nie wiedziałam, co spotka głównych bohaterów. Zazwyczaj wszyscy myślą „Aaa, i tak wszystko skończy się happy end’em”… i ja mam podobne myśli, ale tutaj wcale nie byłam tego taka pewna, dlatego książka trzymała mnie w napięciu aż do samego końca.

Bardzo się cieszę, że mogłam poznać taką cudowną opowieść pełną miłości(i to wcale nie tej prymitywnej!), oddania, przyjaźni i poświęcenia. Nie jest to kolejny lekki i prosty romans paranormalny, który po chwili zapominamy. Ta historia ma dużo głębsze znaczenie niż mogłoby się wydawać, trzeba je tylko dostrzec w odpowiedni sposób. Trzeba dać się całkowicie pochłonąć lekturze, a zaufajcie mi, że wcale nie jest to takie trudne do zrobienia. Spędziłam z bohaterami całej trylogii bardzo miłe chwile, zarówno radosne, jak i te smutne. Wiele rzeczy przeżywałam razem z nimi, a historia i kilka ważnych morałów z niej płynących pewnie zostaną ze mną jeszcze na jakiś czas, jak nie na dłużej. Z czystym sumieniem polecam trylogię autorstwa Bree Despain i wystawiam tej powieści ocenę 5/6.

*** Sheti by sheti-shetani dla PB