Recenzja: Nie mogę powiedzieć ci prawdy – Lauren Barnholdt

niemoge

„Przez cały ten czas udawałam, że jestem opanowaną dziewczyną, która nigdy nie popełnia błędów, a po drodze zagubiłam siebie, zapomniałam, kim naprawdę jestem i kim chciałabym być.”

Kelsey jest pilną uczennicą, racjonalnie myślącą o przyszłości. Jedno jedyne wydarzenie sprawia jednak, że dziewczyna z hukiem wylatuje z prywatnej szkoły. Teraz, w publicznym liceum, pragnie zająć się nauką, by dostać się na jak najlepsze studia. Isaac to bogaty syn senatora, którego wyrzucono z tak wielu szkół, że dawno już przestał je liczyć. Ojciec stawia mu ultimatum – albo szkoła publiczna, albo internat w Europie. Kiedy dochodzi do pierwszego spotkania Kelsey i Isaaca, nie wywierają na sobie wielkiego wrażenia, wręcz przeciwnie – on uznaje ją za zarozumiałą snobkę, ona go za bogatego dupka. Jednak każdy z nas zna chyba powiedzenie, że „kto się czubi, ten się lubi”. I tutaj także nie byłoby nic niezwykłego, gdyby nie kłamstwo mogące zrujnować ich związek.

Głównych bohaterów poznajemy w momencie, kiedy siedzą obok siebie przed gabinetem kuratora – wściekłych na siebie nawzajem. W miarę rozwoju powieści dowiadujemy się, jakie wydarzenia właściwie sprawiły, że znaleźli się właśnie tutaj i dlaczego są na siebie tak nieziemsko wkurzeni. Jest to zabieg niezbyt często spotykany w powieściach dla nastolatek, co powoduje, że książka pani Barnholdt zyskuje na oryginalności. I unikatowość w zasadzie na tym się kończy, jednak nie jest to aż tak straszne, jak może się wydawać.

Kelsey, choć pilna i rozsądna uczennica, nie zachowuje się jak stereotypowa kujonka – nie nosi workowatych swetrów, ani okularów w grubych oprawkach. Jest zgrabną, świadomą swej urody siedemnastolatką, ubierającą się niezbyt wyzywająco, ale seksownie, co przyciąga wzrok płci przeciwnej. Nie otacza się wianuszkiem adoratorów, ale nie ma też zbytnich problemów z komunikacją międzyludzką. Isaac natomiast to bogaty dzieciak, któremu zawsze wszystko podawano na srebrnej tacy, ale jednocześnie mający tego świadomość. Nie zadziera nosa, nie uznaje się za lepszego od innych, ale bije od niego pewność siebie i urok, który sprawia, że dziewczynom miękną kolana. I w dodatku jest nieziemsko przystojny. W wielu powieściach spotykamy się z „łamaniem stereotypów”, czasem zbyt wymuszonym, żeby mogło być dobre. W Nie mogę powiedzieć ci prawdy nie jest to w zasadzie odczuwalne, ani tym bardziej irytujące, co jest miłym zaskoczeniem. Wszystko tutaj wydaje się naturalne i na miejscu.

Choć bohaterowie są dosyć wyraziści, brakuje mi świadomości, że tak naprawdę nie jesteśmy w stanie ich dobrze poznać, gdyż wszystko kończy się za szybko. Jest niezły początek, doskonałe rozwinięcie i przeciętny finał. Każdy choć troszkę znający się na literaturze wie, że doskonała powieść musi budować napięcie, a potem je rozładowywać w punkcie kulminacyjnym. O budowaniu napięcia w zasadzie nie można tutaj mówić – jest ledwo zauważalne. Punkt kulminacyjny jest nawet dość ciekawy, ale przewidywalny.

Autorka pisze prostym, trafiający do każdego czytelnika językiem. Jest dowcipna oraz poważna wtedy, kiedy wymaga tego sytuacja. Powieść nie jest pozbawiona delikatnych wulgaryzmów, co nadaje jej autentyczności. Miłym zaskoczeniem dla mnie było to, co nieczęsto spotyka się w podobnych czytadłach – seks. I nie chodzi mi tu o sceny erotyczne,  ale o rozmowy pomiędzy bohaterami. Wiele autorek stara się unikać chociażby wspominania o tym aspekcie, wyznają zasadę: „Nie mówimy o seksie, a jeżeli już mówimy to się przy tym czerwienimy”. Co według mnie jest śmieszne i sztuczne. No bo proszę Was, w wieku lat siedemnastu – osiemnastu seks jest chyba najchętniej omawianym tematem! Pani Barnholdt nie jest wulgarna, nie przesadza, ale też nie zachowuje się jak pruderyjna, cnotliwa dama.

Fabuła jest prosta, mamy główny wątek, odrobinę niedopracowany, i kilka pobocznych, nic rozbudowanego. Ale to w końcu obyczajówka dla młodzieży, nie horror czy kryminał. Nie ma tu jakiejś innowacyjności, ot lekkie czytadło do poduszki. Ale prawda jest taka, że to czytadło niesamowicie wciąga, bowiem czytelnik pragnie się dowiedzieć jak najwięcej o bohaterach i zostać z nimi na długie godziny. Nawet nie zauważyłam, kiedy przeleciałam przez strony książki i dobrnęłam do końca. Za mało, ja chce więcej! Całości dopełnia okładka – prosta, ale urzekająca. Żadnych udziwnień – dwie zbliżone twarze, niby zakochani, a jednak coś ich dzieli.

Polecam powieść przede wszystkim młodzieży, bo to do nich w końcu jest kierowana. Ale i starsi czytelnicy odnajdą w niej coś, co ich zauroczy. Moja ocena: 5-/6

by Verrikaa