EXCLUSIVE: Fragment Pocałunku Kier!

Przy pomocy podstępu, Mordan, pierwszy dowódca armii wojowniczych Kierów, dostaje w swe ręce młodą Lijanas z ludu Nivardów. Na polecenie swojego władcy Haffrena ma dostarczyć uzdrowicielkę na dwór królewski.

Lijanas myśli jednak tylko o jednym – o ucieczce. Lecz gdy poznaje bliżej Mordana – słynnego „Krwawego Wilka” – ten zaczyna ją coraz bardziej pociągać. A on odczuwa to samo w stosunku do niej. Obydwoje czeka jednak śmiertelna niespodzianka…

Ekscytująca, dzika, pełna namiętności ­– najnowsza powieść fantasy autorki bestsellera „Pocałunek demona”!

Wydawca: Oficyna Wydawnicza Foka
Tytuł oryginału: Der Kuss des Kjer by Lynn Raven


 FRAGMENT:

***
Już dłuższą chwilę Lijanas obserwowała, jak prawie pełna tarcza drugiego księżyca wędruje po usianym gwiazdami nocnym niebie, wsłuchując się przy tym w oddech wojownika za jej plecami.
Wyłonił się z ciemności dopiero wtedy, gdy wszyscy położyli się już spać. Zamienił kilka słów z Corfarem, który przejął pierwszą straż, i potem przyszedł do niej. Z mocno zamkniętymi oczyma udawała, że śpi, kiedy odłożył swoją broń, usiadł na skórach za nią i zdjął buty. Potem owinął się swoim płaszczem i wydawało się, że natychmiast zasnął.
Wstrzymała nieświadomie oddech, kiedy Corfar wstał spokojnie po drugiej stronie ogniska, objął leżących spojrzeniem i udał się na obchód, znikając między drzewami. Zerknęła ukradkiem w stronę pozostałych żołnierzy. Nie poruszali się.
Skoncentrowana na tym, by nie zdradzić się żadnym hałasem, Lijanas usiadła i zsunęła ostrożnie nakrycie z ramion, nie spuszczając oczu z cieni po drugiej stronie ogniska. Nic się tam nie ruszało. Bardzo powoli zaczęła się podnosić i zamarła jeszcze w kuckach, kiedy Mordan poruszył się nagle obok niej. Jednak on, pomrukując, tylko odwrócił się do niej plecami i spał spokojnie dalej.
Znowu krótkie spojrzenie przez ramię, potem podniosła się ostatecznie, podciągnęła suknię do kolan i minęła czarnowłosego wojownika. Mało brakowało, a stanęłaby na jego nagi miecz, leżący obok. Uratowała się, robiąc duży krok. Jego palce zacisnęły się tak nieoczekiwanie na jej kostkach, że wylądowała na czworakach.
Nie!
– Dokąd to, uzdrowicielko? – zapytał cicho, podpierając się łokciami, choć cały czas ją trzymał.
Jakbyś tego nie wiedział, draniu.
Z trudem obróciła się do niego w tej niegodnej pozycji, gestykulując bezradnie.
– Chciałam… Chodzi o to… Ja…
– Acha!
Usiadł wreszcie.
Acha?
Lijanas starała się ukryć zmieszanie.
– Będę wam towarzyszyć!
Wypuścił w końcu jej nogę i sięgnął po buty.
– Towarzyszyć?
Dopiero, gdy było już za późno, zdała sobie sprawę, że wypowiedziała to słowo na głos.
– Oczywiście!
Niewzruszony podniósł się, wziął z posłania miecz, wsunął go do pochwy i przypasał ją.
– Nawet, jeśli musicie pójść za potrzebą, byłoby niewybaczalne, gdybym pozwolił wam iść samej.
Za potrzebą? Jak to? Och!
– To nie jest konieczne, byście mi towarzyszyli. Odejdę tylko kilka kroków między drzewa… – Podniosła się szybko.
– Nie, uzdrowicielko!
Lijanas cofnęła się, gdy stanął tuż przed nią, potknęła się o jego juki. Jego dłoń chwyciła ją za kark. Zaparła dłonie na jego piersi – ten typ nosi swoją kolczugę nawet, gdy śpi – próbując odepchnąć go od siebie. Na próżno.
– Nie mogę was puścić samej, uzdrowicielko. Nigdy nie wiadomo, jakie niebezpieczeństwa czyhają za najbliższymi drzewami. – Zacisnął mocniej rękę, bardziej szorstko. – A na koniec już po tych kilku krokach zgubicie się i znajdziecie przez przypadek drogę do Anschary. – Jego oko połyskiwało w słabym świetle księżyca.
Łaskawa, on wie, że chciałam uciec! – Z trudem przełknęła ślinę.
– W takim razie może będzie jednak lepiej, jeśli będziecie mi towarzyszyć.
– Cieszę się, że mówicie rozsądniej.
Skinął głową w kierunku ciemności po drugiej stronie ogniska.
– Prowadźcie, uzdrowicielko!
Lijanas ruszyła posłusznie, a czarnowłosy wojownik podążył za nią jak cień.
Między drzewami panowała głęboka ciemność. Srebrne światło obydwu księżyców ledwie przedostawało się przez gruby dach z liści. Już po kilku krokach jej szata zaczepiła się o gałęzie, a kiedy chciała ją wyplątać, okazało się, że zahaczyła o ciernie. Szarpnąwszy ostro, dzięki czemu udało się jej w końcu uwolnić, drgnęła. Jak w odpowiedzi w pobliżu dał się słyszeć w krzakach trzask, a potem znów zapadła cisza. Odwróciła się do Mordana. Ten, bez słowa, dał jej znak, by szła dalej. Posłusznie ruszyła przed siebie. Pod jej stopą pękła z trzaskiem sucha gałąź. Za sobą usłyszała wściekłe syknięcie swojego dwunożnego psa-stróża. Jak to możliwe, że on sam poruszał się w tej ciemności niemalże bezszelestnie?
Uszła zaledwie dziesięć kroków, kiedy chwycił ją za ramię.
– Jak daleko chcecie jeszcze iść, uzdrowicielko?
– Ja… nie wiem! – dlaczego jej głos musiał właśnie teraz tak cienko zabrzmieć?
Warknął cicho.
– Lepiej, żebyście się szybko dowiedzieli, zanim przyjdzie mi do głowy, że może wcale nie chcieliście się oddalić za potrzebą.
– Jeszcze kawałeczek. Proszę! – Co ja tu właściwie robię? Chyba nie będę w jego obecności… – I oddalcie się trochę!
Znowu gniewna odpowiedź.
– Ten krzak tam! Liczę do pięćdziesięciu! Potem idę po was!
– Ale…!
– Jeden!
On wie, że skłamałam i teraz rozkoszuje się, poniżając mnie. Żałosny oprych! – Zacisnęła usta, pozorując uśmiech, odwróciła się i ruszyła w stronę krzaka.
***
Mordan drgnął znowu mimowolnie, usłyszawszy trzask.
Na duchy zemsty, ta kobieta robi więcej hałasu niż cała centuria w czasie bitwy. Czy nie może uważać, gdzie stawia stopy? Nie są przecież aż tak duże.
Patrzył za nią, obserwując, jak znika za krzakiem, nasłuchując, czy nie usłyszy kolejnego zdradzieckiego trzaśnięcia, kolejnej nierozsądnej próby ucieczki.
Jak mogła choć przez chwilę pomyśleć, że naprawdę mocno zaśnie, zostawiając swojego jeńca niestrzeżonego?
Może powinienem znowu skrępować jej ręce i nogi, a usta zakneblować. Przynajmniej byłby spokój przez resztę nocy. Przydałoby się kilka godzin snu. Tak, a Brachan i Levan znowu zrobią mi wykład, jak należy się obchodzić z taką kobietą jak uzdrowicielka.
Za krzakiem zrobiło się zdumiewająco cicho. Zmarszczył czoło. Czy jednak udało się jej umknąć bezszelestnie? Ruszył, mamrocząc przekleństwa, i zatrzymał się po dwóch krokach, nasłuchując.
Tam! Nie mylił się. Znowu ten dźwięk, trochę jakby węszenie, trochę gulgotanie. Po jego lewej. Wytężając wzrok, próbował rozpoznać coś wśród cieni. Do jego nozdrzy doszedł nagle smród rozkładającej się padliny, tak intensywny, że ścisnęło mu wnętrzności. Jakiś ruch między drzewami, w odległości czterech, może pięciu kroków. Coś śmignęło zbyt szybko, by można było rozpoznać coś więcej niż tylko zarys – wielkości mniej więcej wyrośniętego charta. Teraz usłyszał hałas także z prawej strony.
Szybko popędził do krzaka, za którym zniknęła uzdrowicielka. Przycupnęła nieruchomo przy ziemi, spoglądając z przerażeniem w ciemność przed sobą. Najwyraźniej także ona dostrzegła te istoty.
***
Najpierw był ten smród, potem coś zaczęło przeskakiwać w ciemności, a potem nagle od tyłu spoczęła na jej ustach dłoń, która stłumiła jej krzyk. Jego głos, który syknął jej do ucha: – Cicho! – był dla niej w tym momencie dziwnie kojący. Przerażenie, które sparaliżowało ją jeszcze kilka mrugnięć powieki temu, ustąpiło, kiedy Mordan podnosił się powoli razem z nią, i zaczęło ustępować miejsca gniewowi, kiedy objął ją ramieniem tuż pod piersią, przyciągnął do siebie i podniósł w górę tak, że nie czuła ziemi pod stopami. Dłoń na jej ustach uniemożliwiała sprzeciw. Próbowała obydwoma rękoma uwolnić się od niego, z tym skutkiem, że ścisnął jej pierś jeszcze mocniej, aż zabrakło jej tchu i straciła jakąkolwiek możliwość obrony. Jego „Cisza!” brzmiało w jej uszach jak drwina. Jak mogła wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, jeśli odciął jej dopływ powietrza. Piędź po piędzi przesuwał się tyłem w kierunku drzewa, zanurzył w absolutną czerń jego pnia i postawił Lijanas powoli na ziemi, zsuwając ją po swojej piersi.
Ten drań robi to specjalnie!
Zamarła, gdy dostrzegła na małym pagórku między drzewami kilka cieni. Mordan zabrał rękę z jej ust i przesunął Lijanas za swoje plecy, tak że znalazła się między nim a pniem drzewa. Wydawało jej się, że usłyszała, jak kilkakrotnie zaczerpnął z napięciem powietrza, potem dało się słyszeć cichy dźwięk, który towarzyszy wyciąganiu miecza z pochwy. Jeden z cieni obrócił się powoli i, węsząc, skierował dziwnie suchą czaszkę w jej stronę. Lijanas ujrzała pałające bladą zielenią oczy, które wwiercały się prosto w jej oczy. Dławiące przerażenie pełzło po jej karku jak suche nogi pająka, pozostawiając między ramionami lepki pot. W ustach zrobiło jej się nagle sucho, jej żołądek był kłębkiem czystego strachu, który paraliżował jej oddech. To był szept, szepczące głosy, rwący ból w jej umyśle, pożądliwe szarpanie, jakby coś próbowało wyrwać jej duszę. Chciała chwycić dłońmi skronie, żeby te głosy zamilkły, żeby uwolnić się od tej męki. Nie mogła tego zrobić. Przed nią Mordan zamarł w pół ruchu.
Drugi cień odwrócił się w ich stronę, węsząc. Smród padliny stał się wręcz nie do zniesienia. Kolana ugięły się pod Lijanas. Ból w jej umyśle zamienił się w cierpienie nie do zniesienia. Nagle pojawiły się trzy kolejne cienie. Dało się słyszeć rzężące dyszenie,
warczenie i kłapanie szczęk. Mordan prawie niezauważalnie pochylił się. Dłonie Lijanas były mokre od potu, było jej niedobrze i kręciło jej się w głowie. Choć bardzo się starała, nie była w stanie oddychać. Ten szept – czy Mordan go nie słyszał? Kreatury krążyły, jakby czegoś szukały. Z którejś strony rozległ się skowyt; i zniknęły po drugiej stronie pagórka, między drzewami.
Poczuła szorstką korę drzewa, kiedy powoli osuwała się po niej na ziemię. Ta udręka podeszła wreszcie od żołądka do gardła i tkwiła w nim w postaci krzyku, ale nie wydobywał się żaden dźwięk. Jej kończyny, jej ciało – nie słuchały jej. Upadła na ziemię. Drobne gałązki i kamyki wbijały się jej w policzek, sprawiając ból. Nie mogła nawet jęknąć, i wciąż nie mogła oddychać.
Chwyciły ją czyjeś ręce, obróciły, słyszała nad sobą stłumione warczenie Mordana. Jego palce dotknęły jej szyi, tam, gdzie można wyczuć tętno. Potem nagle jego usta spoczęły szorstko na jej wargach. Wciskał oddech w jej pierś. Kolejny raz, i znowu, i znowu, aż zwinęła się, kaszląc. Dość niedelikatnie została podniesiona z ziemi, czuła, jak oparł ją o swoje ramię i mocno przytulił, ona tymczasem nie była w stanie zrobić nic innego, niż charcząc, walczyć o powietrze. Jakby mimowolnie jej palce wodziły po jego piersi, szukając czegoś, czego mogłaby się przytrzymać, i trafiły jedynie na zimny metal kolczugi. Jego dłoń przytrzymała jej dłoń, zamknęła ją w sobie. Cicho szeptał coś nad nią. Próbowała przełknąć ślinę, jednak kiedy Mordan, wyjątkowo nieporadnie, pogłaskał ją po głowie, wydobył się z jej ust szloch. Czarnowłosy wojownik znieruchomiał, jego mamrotanie ucichło. Odsunął ją od siebie, przyglądając się jej wnikliwie. Potem jedną ręką chwycił ją pod kolanami, a drugą złapał mocniej jej ramiona, podniósł ją, wstał i podążył długim krokiem do obozowiska. Po brodzie kapały jej łzy.
Kiedy wyszedł z nią na ręku spośród drzew, Corfar podniósł się po drugiej stronie ogniska.
Mordan z typową dla siebie szorstkością posadził Lijanas na posłaniu ze skór.
– Połóżcie się i śpijcie.
Prawdopodobnie spojrzała na niego z przerażeniem, bo położył ją plecami do obozowiska i otulił kocami.
– Bądźcie spokojni. Bez względu na to, co to były za stworzenia, tu, przy ogniu, nic wam nie grozi! Śpijcie!
Wstał i podszedł do Corfara.
Owinięta w koce tak, że było jej za gorąco, Lijanas odwróciła się na bok i obserwowała, jak mężczyźni rozmawiali ze sobą półgłosem. Kilka razy spojrzeli w jej stronę. Nagle znowu pojawił się szloch. Przycisnęła pięść do ust, żeby go stłumić.

POCAŁUNEK KIER JUŻ W SPRZEDAŻY!