Recenzja: Nieśmiertelność zabije nas wszystkich

„Śmierć to dar od Boga”

Wielu z nas, jeżeli nie wszyscy, pragnie żyć jak najdłużej. Wiele religii opiera się na wizji życia wiecznego, a dzięki medycynie pragniemy je przedłużyć. Kto z nas zastanawiał się jednak nad potencjalnymi konsekwencjami takiego życia? Z pewnością uczynił to Drew Magary, który swe poglądy przedstawia nam w oryginalnej powieści „Nieśmiertelność zabije nas wszystkich”.

Był rok 2019, gdy ludzkość odkryła lek na nieśmiertelność, choć może właściwszym określeniem na niego jest „lek na niestarzenie się”. Nadal można umrzeć na raka, zginąć w wypadku komunikacyjnym, zostać zamordowanym. Cóż to jednak jest w porównaniu z możliwością życia w wiecznie młodym ciele przez setki, a może i tysiące lat? Nie jest jednak tak kolorowo, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Osoba poddana zabiegowi już nigdy nie przejdzie na emeryturę, a przyrzekając komuś na ślubnym kobiercu, że nie opuści się go do śmierci, trzeba naprawdę uważać, gdyż potrwać to może bardzo długo.

Głównym bohaterem jest John Farrell, którego poznajemy dzięki sporządzanym przez niego notatkom, odnalezionym w roku 2090. Jest to jeden z niewielu naocznych świadków rozwoju wypadków po tym, jak lekarstwo na śmierć zostało zalegalizowane. Dzięki jego historii „cofamy” się do roku 2019, by dowiedzieć się, jak naprawdę wyglądał bieg wydarzeń, aby lek nigdy więcej nie został zalegalizowany.

Drew Magary prezentuje nam wizję antyutopijnego świata, pozbawionego zasad moralnych, które zastąpione zostają przez chęć zdobycia tego, o czym ludziom wcześniej się tylko marzyło – nieśmiertelności. Aby ją zdobyć, wielu decyduje się na przestępstwa, od zwykłej kradzieży po brutalne morderstwa aż do zamachów. W obliczu takich możliwości człowiek powoli się zatraca, początkowo wielbiąc nowo nabyte zdolności, z czasem jednak odczuwając, że jego życie traci znaczenie.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, co nadaje naszemu życiu sens? Dlaczego decydujemy się kogoś poślubić? Dlaczego tak mocno kochamy i tak mocno nienawidzimy? Wydaje mi się, a w zasadzie jestem prawie pewna, że takim motorem napędowym jest kruchość żywota ludzkiego. Boimy się, że nigdy nie zaznamy wyższych uczuć, że nie zdążymy spełnić naszych marzeń, przez co stają się one szalenie ważne. A jeślibyśmy mieli żyć wiecznie? Po co spieszyć się kochać ludzi? Po co spełniać marzenia? Przecież mamy na to bardzo dużo czasu. W efekcie tego nasze życie stałoby się puste, bezsensowne i egoistyczne. Powieść zmusza nas do głębszych refleksji, nad wybiegnięciem w całkiem niedaleką przyszłość i odpowiedzenie sobie na pytanie: co by było gdyby? Zdecydowalibyście się poddać kuracji? Czy może zechcielibyście żyć tak długo, jak natura pozwoli?

Autor posługuje się prostym językiem, nie znajdziemy tu wielu nowych zwrotów, jakie towarzyszyć by mogły bohaterom przyszłości. Nie wnika on za bardzo także w techniczne wynalazki, przez co czujemy się elementem powieści, a nie reliktami przeszłości.

Fabuła podzielona jest na cztery części, oddzielone od siebie czasowo, opisujące nowe okresy w życiu Johna – od uzyskania nieśmiertelności, aż do roku 2079. Obserwujemy zmiany, jakie zachodzą w bohaterze, jego życiu i życiu jego najbliższych. Dzięki temu, że to właśnie John jest narratorem przez niemal całą powieść, jesteśmy w stanie doskonale go poznać, razem z nim się bawić i cieszyć, a także wspólnie z nim dzielić smutki, wątpliwości i zmartwienia.

Okładka, jaką zaserwowali nam graficy wydawnictwa Prószyński i S-ka w pełni oddaje charakter książki, przykuwa wzrok i intryguje potencjalnego czytelnika. Wizerunek powieszonej kostuchy już sam w sobie jest abstrakcyjny, a kiedy dodamy do niego bardzo wymowny tytuł „Nieśmiertelność zabije nas wszystkich”, otrzymamy absurdalną, a jednocześnie genialną mieszankę.

Książkę polecam odrobinę starszym czytelnikom, fanom fantasy i powieści antyutopijnych.

Moja ocena: 5+/6