Recenzja: Łowca złodziei

„Tylko głupiec próbuje okraść łowcę złodziei. Jednak pokusa bywa zbyt silna”

Berren to chłopiec zamieszkujący najbardziej zaniedbane i niebezpieczne ulice Deephaven, utrzymujący się z oczyszczania miasta i okradania pijanych, nieostrożnych mieszkańców.  Kiedy pewnego dnia udaje się na egzekucję trzech ludzi, nie przypuszcza, że jego życie diametralnie się zmieni. Kusząc los decyduje się na coś niemalże niemożliwego – okradzenie kogoś, kto ściga takich jak on – łowcę złodziei. Ku jego zaskoczeniu i radości udaje mu się to, jednak czyn ten nie przynosi żadnych korzyści. Co więcej, łowca złodziei nie puści mu tego płazem, ale nie zamierza też zgłosić incydentu odpowiednim władzom. Mistrz Syannis ma wobec Berrena inne plany…

Na półkach księgarń co rusz pojawiają się nowe pozycje fantasy, jedne oryginalne, nowatorskie, inne nieco oklepane, ale niekoniecznie kiepskie. Sięgając po „Łowcę złodziei” miałam obawy co do tego, czy sprosta ona moim wymaganiom, jakie stawiam książkom tego gatunku. Przez pierwsze pięćdziesiąt stron byłam ogromnie zawiedziona, kiedy jednak w pełni zagłębiłam się w tajemniczy świat Berrena, przekonałam się, że nie mam czego się bać – Stephen Deas wykreował bowiem prawdziwie nieziemski krajobraz.

Świat przedstawiony w powieści jest barwny i ciekawy, składa się na niego kilka lokacji. Akcja nie toczy się wyłącznie we wspomnianym już Deephaven, ale także w Namulisku, czy Wielkim Kanale, co skutecznie nie pozwoli czytelnikowi na nudę. Jeśli powieść musimy już umieścić w konkretnym czasie, bliżej jej do średniowiecza, niż do współczesności. Autor roztacza przed nami wizję miasta zaniedbanego, z trudem odbudowującego się po wojnie, gdzie największą szansę na przetrwanie mają złodzieje i bandyci, którym nie straszni są przedstawiciele władz. Biedne dzielnice rządzą się własnymi prawami, przeżyć tu mogą jedynie najsilniejsi i najbardziej zuchwali. Berren, choć jeszcze do nich nie należy, powoli upodabnia się do chłopców, z którymi dzieli dom pozbawionego uczuć Mistrza Siekiery. Nie można się temu dziwić, za wszelką cenę stara się przetrwać i wtopić w otoczenie, by robić to, w czym wydaje mu się, że jest najlepszy – kraść. Na szczęście na swej drodze spotyka Syannisa, który powoli uświadamia mu, że może być tym, kim zechce, musi się tylko postarać.

Deas posługuje się językiem zrozumiałym dla czytelnika, wplatając w niego nowe słowa, co jest typowym zabiegiem w literaturze fantastycznej. Znajdziemy tu więc gasicieli, rzecznych śmieciarzy, czy mitycznych ryboludzi. Pozwala to nam w pewnym stopniu wczuć się w powieść i lepiej zrozumieć problemy, z jakimi borykają się bohaterowie.

Na początku powieść mnie nużyła, można nawet powiedzieć, że męczyła. Nie wiem czym to było spowodowane – może tym, że potrzeba czasu, aby ją docenić? Jednak wraz z rozwojem akcji nie potrafiłam oderwać swych oczu od zadrukowanych kartek, nie mogłam doczekać się dalszego ciągu, kolejnych losów niesfornego chłopca i jego nowego mistrza, w efekcie czego spędziłam nad „Łowcą złodziei” kilka wspaniałych godzin. Niewątpliwie miało na to wpływ także to, że Mistrz Syannis skradł moje serce, choć wątków romantycznych jako takich tu nie znajdziemy.

Historia podzielona jest na trzy części, które symbolizują okresy w życiu Berrena. Nie są oddalone od siebie czasowo, jednak odczuć w nich można zmiany, jakie zachodzą w chłopcu. Ze złodziejskiego dziecka zmienia się w dojrzewającego chłopca, powoli kształtującego swój charakter i przekonującego się, co w życiu jest naprawdę ważne, a co jest tylko bajką. Mamy tu więc także niejaki wgląd w psychikę bohatera, czego brakuje mi często w powieściach.

Na plus zasługuje okładka – w barwach czerwieni, brązów i złota oddaje charakter utworu, jednak mężczyzna na niej przedstawiony niezbyt pasuje na Mistrza Syannisa, bo z pewnością to jego właśnie miał przedstawiać. Wydaje mi się, że autor okładki niezbyt przyłożył się do poznania treści, zanim zabrał się do projektu.

Pozycję polecam fanom dobrej fantastyki, spragnionym akcji, złodziei, morderców i intryg.

Moja ocena: 5/6