Recenzja: Anna we Krwi

Opowieści o duchach i zjawach spędzają sen z powiek niejednej osobie. Niektóre historie mogą być wzruszające, romantyczne – takie, jak te o kochankach spotykających się po śmierci, gdyż ich miłość nigdy nie mogła być spełniona. Jednak istnieją też opowieści o duchach okrutnych, które zamiast szukać wiecznego ukojenia pragną zadawać ból, szerzyć zło, zabijać żyjących… Co ich trzyma tu, na ziemi, wśród żywych? Dlaczego pałają tak wielką nienawiścią?

Cas jest zabójcą umarłych. Ni mniej, ni więcej, po prostu tropi złe duchy, które pragną krwi i mordują niewinnych cywilów. Bohater wypełnia swoje zadanie w poczuciu obowiązku, bowiem jego ojciec także był pogromcom duchów, a po śmierci rodzica fach przejął właśnie młody Cas. Teraz chłopak zamierza zapolować na coś większego – na niebezpiecznego ducha młodej dziewczyny, która morduje od dziesiątek lat w opuszczonym domu w Thunder Bay w Ontario. To tam mieszka Anna Korlov, którą Lowood pragnie unicestwić. Gdy jednak dochodzi do konfrontacji, zjawa nie zabija chłopaka, tylko pozwala mu odejść. I Cas już wie, że będzie musiał zrobić wszystko, by poznać prawdę o dziewczynie w białej, zakrwawionej sukni, która od pięćdziesięciu lat nawiedza dom swojego dzieciństwa. Co się z nią stało? Dlaczego morduje niewinnych ludzi? I dlaczego oszczędziła nieznajomego pogromcę zjaw?

Po powieść Kendare Blake sięgnęłam w zasadzie nie tyle z powodu intrygującego opisu, czy przeczucia, że może to być świetna powieść grozy, ale dla oprawy – pięknej, tajemniczej okładki przedstawiającej stojącą tyłem do widza dziewczynę w białej, zakrwawionej sukni. Charakter tej grafiki sprawił, że od razu poczułam ciarki przechodzące mi po plecach i chciałam jak najszybciej poznać Annę we Krwi. Niestety okazało się, że zniewalająca okładka i intrygujący opis odbiegają nieco od tego, co poznaje czytelnik, gdy sięga po lekturę. Dlaczego?

Autorka przedstawia nam historię siedemnastoletniego Tezeusza Cassio Lowooda, który wraz z matką – czarownicą – i jej kotem Tybaltem przemierzają Stany, by tropić niebezpieczne duchy i je zabijać. Narracja pierwszoosobowa prowadzona z punktu widzenia głównego bohatera pozwala nam poczuć jego emocje, obawy, a także zrozumieć pobudki, którymi się kierował, gdy przejął po zmarłym ojcu ten nietypowy fach zabójcy zjaw. Historia rozpoczyna się dosyć zaskakująco, bowiem już od pierwszych stron możemy obserwować Casa w akcji – właśnie poluje na ducha. To pozwala przypuszczać, że fabuła będzie wartka, pełna mrocznych wydarzeń jeżących włosy na karku. Akcja rzeczywiście jest żywa, choć nie gna w zastraszającym tempie, ale w oczy rzuca się fakt, że niektóre sytuacje rozgrywają się zbyt szybko.

Bohaterowie powieści z założenia mieli być różni i rzeczywiście można wyciągnąć takie wnioski, gdyby nie fakt, że na pierwszy plan zawsze wychodzi Cas, przez co reszta jest mało widoczna, a może po prostu niewystarczająco dopracowana. Główny bohater to chłopak, który na siłę stara się odizolować od innych, to typ samotnika, który pragnie poświęcić się swojej pracy. Ślepo wierzy, że ze wszystkim sobie poradzi, zachowuje się momentami jak superbohater, choć tak naprawdę nie chce być porównywany do komiksowych postaci. Czy jest interesujący? W sumie w stosunku do innych postaci nie odczuwam żadnych emocji, natomiast Cas rzeczywiście przyciąga spojrzenie i sprawia, że mimowolnie starałam się go rozgryźć. Choć niczym szczególnym się nie wyróżniał.

Tytułowa Anna we Krwi to młoda dziewczyna, którą spotkało coś okropnego. Niestety jej historia, jakkolwiek miała być dramatyczna, nie wywołuje emocji, które być może miała w założeniu autorki. Szczerze mówiąc, jak na krwiożerczego ducha była trochę nijaka. Pojawiły się w zasadzie ze dwie mocniejsze sceny z jej udziałem, a później historia przeobraziła się w łzawy paranormal, zamiast w mrożącą krew w żyłach powieść grozy, na jaką liczy zapewne każdy czytelnik. Niemniej zaskoczę pewnie niejedną osobę, bowiem pomimo tego zgoła odmiennego charakteru dzieła, na jaki byłam przygotowana, książkę i tak czytało mi się dobrze, nawet mnie wciągnęła – do samego końca byłam ciekawa, jak się ta powieść zakończy. I choć nie było fajerwerków, a ja nie padłam zachwycona przy ostatniej stronie, to historia przypadła mi do gustu w zasadzie dlatego, że była spoko – dosłownie „spoko”. Bo to typowa lektura rozrywkowa, która nie wymaga od nas nie wiadomo jakiego skupienia i wytężania umysłu.

Annę we Krwi polecam właśnie dlatego, że to dobra książka na samotny wieczór. Co wrażliwsi może nawet poczują ciarki na plecach, w końcu duchy to duchy, bez względu na fakt, czy ociekają krwią, czy robią maślane oczęta. I nie jest istotne, czy wierzymy w zjawy, czy nie – to już kwestia innego rodzaju, nad którą zwykli śmiertelnicy mogą debatować w kółko, a i tak wnioski wciąż będą mgliste. Dla mnie powieść Blake była dobrą rozrywką właśnie na miły, leniwy wieczór. Nawet przyznam, że w pewnym momencie miałam pietra, żeby iść po ciemku do toalety! Aż sama się sobie dziwę… Książka, licząca ledwie trzysta dwadzieścia stron, jest lekka i niesie z sobą ciekawą historię, przy której można się dobrze bawić. To taka powieść, którą się miło czyta i miło wspomina, choć nie planujemy sięgnąć po nią ponownie. Daję więc ocenę 4/6 i być może w przyszłości sięgnę po drugą część przygód Casa – Girl of Nightmares.

  **** Tirindeth by mybooksbytirindeth dla PB