Recenzja: Magiczny Pech

Naprawdę miło wspominam okres, kiedy czytało się same powieści Meg Cabot: „Pamiętnik Księżniczki”, „Pośredniczkę”… Postanowiłam więc tym razem sięgnąć po „Magiczny Pech”. Skutek? Na nowo odkryłam miłość do książek owej autorki i przypomniałam sobie, jak dobrą jest pisarką.

Główna bohaterka, rudowłosa Maggie Honeychurch (swoją drogą, czy to nie dziwne dawać córce pastorów nazwisko z „kościołem” w członie), ma chronicznego pecha. Gdziekolwiek się nie pojawi, coś się wydarzy. A mimo to – a może właśnie przez? – musiała uciec z rodzinnej Iowy i wyjechać do rodziny w Nowym Jorku, gdzie dokończy rok szkolny. To tam poznaje przemiłą i prześliczną au pair swoich wujków, Petrę, nowe oblicze swojej kuzynki Tory oraz Zacha, chłopaka w którym podkochuje się jej kuzynka, a z którym sama od razu się zaprzyjaźnia.

Ale pech i tak ją dopada. Jej kuzynka Tory okazuje się bowiem początkującą wiccanką, wiedźmą, która się z tym nie kryje i która wcale nie zamierza żyć w zgodzie z naturą, a  dokładnie nie okazuje się już pyzatą blondyneczką, a pijącą i biorącą narkotyki brunetką. Tory obiera sobie za cel uprzykrzenie Maggie życia, zaraz po tym, gdy dziewczyna odmawia dołączenia do jej kowenu. I dlatego, że Maga – jak bohaterkę nazywa rodzina – ewidentnie podebrała jej chłopaka, w którym Tory  kochała się przez całe lata.

Co Maggie ukrywa? Dlaczego wyjechała z Iowy? Czy ma to coś wspólnego z magią? A przede wszystkim – jak rozwiąże się sprawa między dwoma kuzynkami? I czy Zach odkocha się w au pair i jakimś cudem dostrzeże Maggie bez zastosowania magii?

Meg Cabot na pewno ma specyficzny styl. Pisze humorystycznie, z lekkością, nie boi się czasem wpleść przerysowanych scen, a nierzadko są to też historie z wątkiem fantastycznym. A mimo to czyta się je, jakby były zupełnie naturalne. Każda postać jest inna, prawdziwa, może czasem z jednym elementem lekko przerysowanym. Zach, obiekt westchnień obu kuzynek, jest opiekuńczy, troskliwy, woli czas poświęcić na naukę niż na zabawę, ale gdy tylko trzeba, pokazuje pazur, potrafi się wściec, zirytować, rzucić sarkastyczną uwagą; Tory zaś to typowa jędza, zafarbowana z blondynki na czarną, ubierająca się jedynie w czarne ciuchy, mocno umalowana… można by stwierdzić, że stereotypowa, ale osobiście uważam, że ona do tego dążyła z premedytacją. Zachowując się stereotypowo, najłatwiej sprawić, by ludzie uwierzyli, jaki jest człowiek. A Tory działała z różnych pobudek. Niemniej mimo iż wydaje się być typową, negatywną postacią, jest ona prawdziwa. Ma złożoną psychikę, a to najważniejsze. I oczywiście jest jeszcze Maggie, córka pastora, typowa dziewczyna z przedmieść, której nie sposób nie polubić.

To, co uwielbiałam w książkach Meg Cabot to fakt, że choć nigdy nie byłam w Nowym Jorku, wiele miejsc widziałam oczami wyobraźni. Pragnęłam wsiąść w linie metra numer 6 i pojechać do Uroków, sklepu dla wiedźm. Opisy w książce zdecydowanie oddają charakter miejsca, wygląd osób i nigdy nie są przerysowane. Wiadomo, że Cabot ma dobry warsztat pisarski. Może jej książki nie są wybitne, ale naprawdę dobre, bo ciekawe, bez zbędnych opisów, a nade wszystko oryginalne.

Zauważyłam też, że choć można je zadeklarować do paranormal romance, mają one więcej treści niż niejedna czterystu stronicowa powieść, skupiająca się na prawdziwej fabule, niż tylko na romansie. Choć i on jest, i to całkiem silnie odczuwalny – stopniowe, rosnące się uczucie.

„Magiczny pech” to książka dla tych, którzy kochają Meg Cabot – dla młodszych i starszych osób uwielbiających fantastyczne historie z romansem w tle, z niewielką, acz dobrą intrygą. To idealna powieść też dla tych, którzy chcą odpocząć od ciężkich lektur, albo przegadanych historii. Ta ledwie dwustu stronicowa książka ma wszystko, co trzeba. I choć nie czuć po niej niedosytu, chętnie przeczytałabym ją jeszcze raz. Daję jej zasłużoną ocenę 5/6.

**** Maddie by in-world-of-books dla PB

Praca bierze udział w programie KzaP