Recenzja: Ukąszenie

Wampiry. Bardzo popularne w dzisiejszej literaturze, głównie w gatunku romansów paranormalnych. Na dobrą sprawę krwiopijcy są najpopularniejszymi istotami nadnaturalnymi, na które możemy się natknąć obecnie w powieściach. Ale znaczna popularność takich książek sprawia, że ciężko jest stworzyć coś oryginalnego, a autor musi się bardzo namęczyć, by jego dzieło zostało docenione.

Lissanna Argeneau jest wampirem. Tak, takim pijącym krew. Jednakże, ma problem. Mianowicie, boi się krwi, co sprawia, że nie jest w stanie żywić się z torebki. Alternatywą pozostaje wyszukiwanie ‘przekąsek’ – co nie bywa zbyt zachęcające – i karmienie dożylne, które napawa główną bohaterkę lękiem. Gdy wraca do domu matki na przyjęcie urodzinowe zauważa, iż do jej łóżka przywiązany jest niezwykle atrakcyjny mężczyzna. Początkowo wzięty za posiłek okazuje się jednym z najlepszych terapeutów.

,,Ukąszenia” Lynsay Sands nie można, nie nazwać oryginalną książką, ponieważ autorka odchodzi od tego, w jaki sposób ukazywane były dotychczas wampiry. W powieści poznajemy przyjemną, pomysłową i nieco ekscentryczną rodzinkę, którą można by uznać za następców Cullenów ze ,,Zmierzchu” pani Meyer. A może raczej prekursorów? ,,Ukąszenie” powstało przed opowieścią o Edwardzie i Belli, więc może właśnie Stephanie Meyer wzorowała się na Lynsay Sands?

Cała książka jest napisana w dość interesujący sposób, choć zdarzało się, że byłam zanudzona i przerzucałam strony, ponieważ fabuła wydawała mi się nijaka i nużąca. Główną wadą była schematyczność. Od razu można było zgadnąć, co wydarzy się dalej, a także co spotka głównych bohaterów. Nie ułatwiało to czytania, ponieważ ze strony na stronę miałam coraz większą chęć, by książkę odłożyć na półkę.

Nie mogę zapomnieć o tym, że bardzo często akcja stała w miejscu, a dopiero pod koniec ruszyła do przodu, niekoniecznie zadziwiając czytelnika. Przyczyniły się do tego wcześniej wspomniane schematyczność i przewidywalność. Oprócz tego, że rodzinka Argeneau była sympatyczna, to postaciom brakowało głębi  i były dość słabo wykreowane – nie wyróżniały się prawie niczym.

Na szczęście, nie tak, jak w innych romansach paranormalnych przeznaczonych dla starszych czytelników, każda strona nie ociekała seksem. Był on dawkowany, a nie traktowany jak zapychacz tak, jak było w przypadku ,,Wschodzącego księżyca” Keri Arthur, gdzie bohaterowie co drugą stronę lądowali w łóżku.

Podsumowując, jest to nawet dobra książka o wampirach, choć do doskonałości trochę jej brakuje. Jak w wielu innych powieściach wadą jest schematyczność, a także słabe, mało interesujące postacie, które nie zagnieżdżają się w naszej pamięci. Całość oceniam na 3/6, ponieważ czytało mi się miło – oprócz nudzących fragmentów – i jest to następna powieść, która doskonale umila czas zimowego wieczoru. Polecam fanom podobnej literatury, a tych, którzy poszukują głębszej lektury, zapewniam, że takowej nie znajdą, ale przypuszczalnie spędzą kilka przyjemnych godzin odrywając się od codziennych problemów.

 ****Sihhinne by wsrod-ksiazek dla PB