Recenzja: Bar dla potępionych

            Czym tak naprawdę jest horror? Opowieścią o wampirach i wilkołakach? A może o duchach i zombie?  Według definicji jest to wprowadzanie do świata rzeczywistego zjawisk nadprzyrodzonych, niewytłumaczalnych, łamiących wszelkie prawa rządzące tym światem, Znamy wielu twórców powieści grozy – Stephen King, Graham Masterton , czy należący do klasyki Bram Stoker. Czy młody Kealan Patrick Burke zapisze się w ludzkiej pamięci, jako jeden z najlepszych pisarzy gatunku? Tego nie mogę być pewna, mogę jednak ręczyć, że „Bar dla potępionych” zajmie na mojej półce wyjątkowe miejsce.

            Akcja powieści rozgrywa się w małym, amerykańskim miasteczku Milestone. Opuszczone przez Boga, wyludnione miejsce skrywa w sobie wiele mrocznych tajemnic, które z czasem udaje nam się poznać, choć nie tak do końca. W miejscowym barze „U Eddiego” spotyka się kilkoro znajomych. Czarnoskóry olbrzym Wintry, strażnik prawa Tom, podejrzewana o zabójstwo męża Flo, stary nudysta Cobb, wyglądający jak żywy trup Kadawer, barmanka Gracie, która dzięki swojemu tatusiowi utknęła w spelunie na wieki, a także syn szeryfa Kyle. Co tydzień pojawia się także postać, o której mieszkańcy woleliby zapomnieć – wielebny Hill, zmuszających swe owieczki do odpokutowania za popełnione grzechy. Nie jest to jednak kilka zdrowasiek, lecz morderstwo na zlecenie. Grzesznik ma za zadanie wsiąść do samochodu i zamordować jakiegoś wybranego przez pastora zbrodniarza. Feralnego wieczora, jednak nic nie pójdzie zgodnie z planem, pociągając za sobą lawinę niesamowitych i mrożących krew w żyłach wydarzeń.

            Fabuła powieści jest niesamowicie pokręcona, rozgrywa się w szaleńczym tempie. Kiedy wydaje się już nam, że nic nie może zaskoczyć, dzieje się rzecz taka, że wciska nas w siedzenie. Choć niewiele jest tu zdarzeń typowych dla tradycyjnego horroru, jak szaleńcy z piłami łańcuchowymi, czy wysysające krew wampiry, niesamowite zwroty akcji przyprawić potrafią o gęsią skórkę. Spotkamy tu kilkoro duchów, szaloną wiedźmę i zaklętych w drewno Indian, ale to nie oni mają za zadanie nas wystraszyć. To, co jest najbardziej przerażające, to poczucie beznadziejności towarzyszące przez całą książkę, wiedza, że to nie może się dobrze skończyć. Nad mieszkańcami Milestone zdaje się wisieć jakieś fatum, wina niezawiniona. Coraz bardziej zagłębiamy się w psychikę ludzi pozbawionych nadziei na to, że ich los się wkrótce odwróci, nawet po śmierci nie zaznających spokoju. Zastanawiające jest to, jak Kealan Patrick Burke przedstawia nam zachowanie bohaterów w obliczu zagrożenia. Choć już dawno iskierka nadziei na normalne życie w nich wygasła, walczą. Pomimo, że doświadczyli w Milestone wielu okropieństw, gdzie normalny człowiek skończył by w zakładzie psychiatrycznym, zachowali człowieczeństwo, a dla najbliższych gotowi są poświęcić swe życie.

            Burke sprawia, że rzeczy tak niemożliwe, że aż absurdalne wydają się wielce prawdopodobne. Prowadzi nas przez swój wymyślony świat, wprowadza w życie wykreowanych bohaterów, powoduje, że musimy zdeklarować się co do uczuć, jakimi obdarzamy Toma, Wintry’ego, Kyle’a, czy tajemniczą Gracie. A kiedy już to zrobimy, kiedy poczujemy do którejkolwiek z postaci coś na kształt współczucia, uderza w nas splotem akcji tak dziwnych, że nasz własny świat zaczyna chwiać się w posadach.

            Pochwalić należy autorów okładki – doskonale oddaje ona charakter sennego miasteczka.

            Powieść Kealana Patricka Burke mogę określić jednym słowem, które towarzyszyło mi przez cały poświęcony na nią czas: „Popieprzone”. Książkę polecam przede wszystkim fanom powieści grozy, ale także tym, którzy znudzeni są już tradycyjnym pojęciem horroru. Powieść skierowana jest do starszych czytelników, przez wzglad na ostry język i wydarzenia w niej zawarte.

Moja ocena: 4+/6

Verrikaa