Recenzja: Bezzmienna

Sięgając po raz pierwszy po Protektorat Parasola, miałam najróżniejsze wyobrażenia „Bezzmiennej”. Spodziewałam się wszystkiego: od ckliwego romansu, przez dramat psychologiczny, do arcyskomplikowanego kryminału. A jednak mimo wszystko książka mnie zaskoczyła.

Lorda Conalla Maccona nie trzeba nikomu przedstawić. Ten gwałtowny, porywczy i dość głośny Szkot jest jednym z najsłynniejszych dżentelmenów wiktoriańskiego Londynu. Dżentelmenem, który przez niemal dwieście lat był kawalerem! Na szczęście, nie długo po poznaniu panny Alexii Tarabotti, londyńskie gazety mogły oświadczyć, że alfa watahy Woolsey znalazł sobie małżonkę. Szczęście młodej pary (a właściwie Alexii) nie trwa jednak długo: małżonek nagle znika, zostawiając na jej głowie pułk nadprzyrodzonych żołnierzy i tabun zaklętych duchów na trawniku, przyjaciółka wychodzi za mąż, matka przywozi irytującą siostrę, nie mówiąc już o tym, że w Londynie panuje dziwny wirus śmiertelności.  O nie! – lady Maccon nie pozwoli na to, by wszystko to spoczywało na jej barkach!  Wyrusza z garstką przyjaciół, służby i szpiegów do Szkocji śladami męża, by znaleźć powód jego nieoczekiwanego wyjazdu. Nikt się jednak nie spodziewa takiego obrotu sprawy…

Gdy tylko skończyłam ostatnią stronę drugiego tomu serii Gail Carriger zaczęłam się zastanawiać jak krótko, acz precyzyjne opisać tę książkę, tak by spodobało się to moim znajomym. Uznałam, że „paranormalna powieść detektywistyczna z wątkiem miłosnym w tle” doskonale odzwierciedli charakter książki.  I choć wątkowi detektywistycznemu jest bliżej do Byka Kreteńskiego z Herkulesem Poirot niż do Psa Baskerville’ów z Sherlockiem Holmes’em, nadal mamy do czynienia z intrygującą zagadką. Wątki miłosne dodają historii smaczku (zamiary Felicity względem Tunstella były całkowicie nieodpowiednie – podobnie zresztą jak zamiary panny Ivy – a zachowanie madame Lefoux było co najmniej niepoprawne i niezwykle kontrowersyjne!), a obecność wampirów, wilkołaków, bezdusznych i duchów było wisienką na szczycie tortu (choć dla mnie bardziej odpowiednie byłoby porównanie do warstwy cukru-pudru na napoleonce).

Kolejnym wielkim atutem tej książki są bohaterowie. Każdy z nich posiada wyraźną i barwną sylwetkę, co sprawia, że są indywidualni. Nie możemy znaleźć dwóch takich samych osobowości, co byłoby dowodem zaniedbania, tym bardziej, że niektórzy autorzy mają tendencję do zaprzestania kształtowania osobowości w kontynuacjach powieści.
Jedną z bardziej interesujących postaci jest madame Lefoux, która prowadziła uroczy sklep „Chapeau de Poupe” z dość ciekawymi kapeluszami, które panna Hisselpenny mogłaby kupować codziennie. I choć madame ma niesamowite wyczucie gustu, w Londynie znana jest przez swój kontrowersyjny strój, jakim są… SPODNIE!  I choć wszystko jest całkowitą prawdą, jest to ledwie przykrywka, dla laboratorium i duszy naukowca, którego ma w sobie. Pokłady wiedzy, inteligencja, piękno, kobiecość i wyczucie stylu w jednym jest wartościowe nawet w naszych czasach, nie sposób więc, przejść koło tej bohaterki obojętnie.

Kiedy mamy do czynienia z „Bezzmienną”, nie możemy powiedzieć, że ją się po prostu czyta. Nią się żyje. Kiedy już zaczniemy czytać pierwszą stronę, nie sposób się od niej oderwać. Pozwalamy, by wdarła się do naszych głów, stwarzając kolejną rzeczywistość. Odpowiedzialny za to jest nie tylko unikatowy charakter książki i doskonale wykreowani bohaterowie, ale i… język! Gail Carriger pisze obłędnie – nie tylko postaci wyrażają się w sposób odpowiedni dla swojej epoki, ale i narrator pozwala sobie na egzystowanie w ówczesnym Londynie i opowiadanie wydarzeń w iście wiktoriański sposób.
„Bezzmienna” wcześniej czy później osiągnęłaby szczyt – to niezaprzeczalne: z tym humorem i bohaterami? Jednak to właśnie sposób wyrażania się autorki sprawił, że książka tak szybko okazała się  fenomenem.

Powieść o wampirach, wilkołakach i sterowcach, jaką okazała się druga część Protektoratu Parasola, jest powieścią fantastyczną. Lekka, aczkolwiek niezwykle interesująca lektura, przy której można odpocząć, odstresować się, pośmiać i zapomnieć o nieprzyjemnej rzeczywistości jednocześnie zmuszając szare komórki do myślenia.
Jestem szalenie szczęśliwa, że zdecydowałam się na lekturę „Bezzmiennej” i już nie mogę się doczekać, kiedy dowiem się skąd wzięło się to małe wilczątko pojawiające się pod koniec powieści.

****Jenny by oczami-jenny.blogspot.com dla PB