Recenzja: Pieśni Ziemi

Gair nie powinien żyć. Nie za to kim jest. A jest czarodziejem, który nie dość, że żyje w Świętym Mieście, to jeszcze jest bogobojnym nowicjuszem Zakonu Suvaeon. A przecież Księga Eador jasno mówi : „Nie dozwolisz żyć czarownikowi.” Gruby sznur już dawno powinien zawisnąć na jego szyi. Jego ciało od dawna powinno być pochłonięte przez płomienie. A jednak młodzieniec żyje i ma się całkiem dobrze. Ansel – preceptor Zakonu – daruje mu karę śmierci, żąda jednak opuszczenia parafii oraz naznacza ekskomuniką i piętnem. Od tej pory chłopakiem opiekuje się Alderan i zabiera go na Zachodnie Wyspy, gdzie całe jego życie stanie na głowie.

Gdy skończyłam ”Pieśni Ziemi”, ze smutkiem spojrzałam na okładkę i stwierdziłam, że we współczesnych czasach, dobra reklama może już tylko skrzywdzić książkę. „ Jedna z najlepszych powieści fantasy 2011” kłuje w oczy pod tytułem. „Mhm, mhm. Oczywiście. Jak zawsze.” pomyślałam, choć i tak zdecydowałam się na przeczytanie powieści. Przysłowie „Nie oceniaj książki po okładce” – nadal aktualne. Ale zacznijmy od początku.

„Pieśni ziemi” zostały napisane prostym, dostępnym dla każdego językiem. Pomimo małej ilości dialogów (w porównaniu z 3-4 stronowym tekstem ciągłym), w książce rzadko spotykamy się z rozciągłymi i nużącymi opisami otaczającej bohaterów przyrody. Fabuła wciąga bez reszty, przez co historię się po prostu pochłania. Nie licząc pierwszych 80 stron, przez które ciężko mi było przebrnąć (ze względu na to, że nie chciałam na książkę patrzeć pod względem kolejnej pracy, a pod względem rozrywki),  książkę przeczytałam w nieco zapracowany weekend.

Bohaterowie są świetnie wykreowani. Każdy z nich ma swój własny charakter, sposób odzywania się, poruszania, bycia. Każda osoba wpływa na czytelnika wzbudzając w nim mniejsze lub większe, ale zawsze, emocje. Z każdą z postaci można się związać, każdego możemy polubić, a także znienawidzić. Niestety, trzecioosobowy narrator, który śledzi głównego bohatera nie pozwala nam się  zbliżyć się do ulubionych postaci, przez co czujemy pewien niedosyt. Nic więc dziwnego, że gdy książka się kończy, szalenie żałujemy, że musimy pożegnać się z bohaterami – na dłużej, na krócej lub na zawsze.

Wiele razy spotykałam się z władaniem magii i to w różny sposób. Różdżki, zaklęcia, energia z otaczającej nas materii czy z nas samych, wyobrażanie sobie skutków. I choć z pleceniem magii też spotkałam się raz czy dwa, z ujarzmianiem Pieśni spotkałam się po raz pierwszy.
W każdym gaeden płynie Pieśń i tylko od niego samego zależy czy zechce po nią sięgnąć, ujarzmić i używać na co dzień czy zostawić ją samej sobie, by w końcu zniknęła. Ci, którzy postanowili jednak rozwinąć swoje umiejętności, pobierają nauki w Kapitularzu na wyspie Penglas – jednej z Zachodnich Wysp. I choć teoretycznie każdy robi to samo, magowie różnią się między sobą nie tylko zdolnościami, ale i barwami aury, która często decyduje o tym, jak postrzegają swojego pobratymca. Z czymś takim nie spotkałam się jeszcze nigdy i sądzę, że właśnie to sprawiło, że tak bardzo pokochałam tę książkę.

Kiedy z oficjalnej strony Elspeth Cooper dowiedziałam się, że „Pieśni ziemi” mają mieć kontynuację, sama nie wiedziałam co o tym myśleć. Z jednej strony jestem zachwycona – dowiem się co Gair zrobi z Savinem, który zrujnował mu życie, historia Tanith będzie mi dobrze znana i nie raz jeszcze spotkam się z Alderanem i innymi wykładowcami w Kapitularzu, nie mówiąc już o tym, że w końcu zrozumiem o co chodzi z tym całym Całunem, czemu Goran tak zawzięcie pragnie śmierci głównego bohatera i dlaczego zbuntował się przeciw Anselowi. Z drugiej jednak uważam, że nie miałabym za złe autorce, gdyby poprzestała na tej części, gdyż zakończenie było cudne: wszystko co musieliśmy wiedzieć – wiemy, a nad całą resztą możemy knuć teorie spiskowe.

„Pieśni ziemi” są naprawdę dobre – posiadają wszystko co powinna mieć dobra książka: ciekawą fabułę, wyraźnych, różnorodnych bohaterów, dobrze opisany świat i to „coś”. „Coś”, które nie pozwala nam odejść od książki, póki nie skończymy ostatniej strony. Powieść Elspeth Cooper stała się jedną z moich ulubionych, co nie jest już takie łatwe jak niegdyś. I choć nie jestem na tyle odważna, by potwierdzić, że jest to „jedna z najlepszych powieści fantasy 2011”, z pewnością mogę jednak stwierdzić, że jest to najlepszy debiut tego roku.

****Jenny by oczami-jenny.blogspot.com dla PB