Recenzja: Dziewczyna w czerwonej

Bajkę o Czerwonym Kapturku zna chyba każdy. Opowieść mówi o małej dziewczynce, która wyrusza przez gęsty las w kierunku domku swojej babci, niosąc jej koszyk ze smakołykami. Dziewczynka nie wie, że śledzona jest przez podstępnego wilka, który pragnie ją pożreć… Napięcie rośnie, kiedy wilk zakrada się do chatki starszej pani, aby tym samym dostać Kapturka w swoje łapy. Zakończenie znamy, lecz nie to jest istotne. Nieistotne jest także, ile razy zmieniana i modyfikowana była ta historia. Ja zapytam o coś innego: Czy wilk na pewno jest zły? Może po prostu to tylko głodne, dzikie zwierze?

Valerie mieszka od urodzenia w wiosce otoczonej murem, który ma chronić ludzi przed złem, a w zasadzie przed ich największym wrogiem – Wilkiem. Od pokoleń mieszkańcy żyją w strachu, gdyż wilkołacza bestia co miesiąc zabijała niewinnych ludzi. Jednakże – za porozumieniem – aby być bezpieczni, zgodzili się składać wilkowi ofiary. I wierzą, że to powstrzyma jego żądzę krwi.

Wszystko układa się dobrze aż do czasu, gdy dochodzi do tragedii i ginie siostra Valerie. Dziewczyna, na co dzień odstająca od swoich koleżanek, teraz ma przed sobą najgorsze zadanie – musi sprostać oczekiwaniom rodziców, wyjść za mąż za przyrzeczonego jej chłopca, godnie przejść żałobę a w dodatku porzucić własne uczucia. Ale to nie takie proste, gdyż do wioski powrócił po wielu latach jej przyjaciel z dzieciństwa. Peter, młody i przystojny, przyciąga dziewczynę do siebie niczym magnez, przez co Valerie jest nawet gotowa z nim uciec. Lecz śmierć siostry krzyżuje ich plany.

Wkrótce ginie kolejna osoba, a do osady przybywa pomoc – wezwany przez księdza pogromca wilkołaków – ojciec Solomon, który ma wyzwolić ludzi spod jarzma bestii. Okazuje się jednak, że bestia żyje tu, pośród mieszkańców miasteczka. I właśnie to stanowi największy problem. Czy Valerie odkryje prawdę? Czy zrozumie, dlaczego wilkołak nagle kieruje swoją uwagę w jej stronę? I ostatecznie, jaką podejmie decyzję – pójdzie za głosem serca czy rozsądku?

Opowieść została napisana na podstawie scenariusza, będącego pomysłem Leonarda DiCaprio i spisanego przez Davida Leslie Johnsona. Scenariusz ten posłużył do stworzenia filmu pod tym samym tytułem, o czym dowiadujemy się z wprowadzenia napisanego przez reżyserkę Catherine Hardwicke. Zarówno film jak i książkę już znam, przez co łatwiej mi było wychwycić różnice w obu utworach, a tym samym określić ich wartość. SaraBlakley-Cartwright, młoda pisarka, która podjęła się stworzenia tejże książki, posługuje się miłym i obrazowym językiem, gładko snując opowieść o wydarzeniach i bohaterach, a także o wiosce Daggorhorn ujętej w realia wieków średnich. I choć fabuła nie obfituje w nadmierne opisy i relacje, narracja trzecioosobowa zręcznie przedstawia nam akcję.

Niestety, im bardziej zagłębiałam się w powieść, tym bardziej czułam się poddenerwowana i zdegustowana. Co prawda nie jest to wina historii – opowieść trzyma w napięciu, a nawet może zainteresować czytelnika, który nagle staje się detektywem tropiącym Wilka, do samego końca nie znającym winowajcy (co niewątpliwie dodaje dreszczyku emocji). Niemniej problem leży w tym, iż dzieło Sary wydaje się płaskie, odtwórcze i pozbawione ikry, która wniosłaby w powieść odrobinę smaku. Od razu ma się wrażenie, iż książka została napisana w wyniku pewnej analizy, była wzorowana na konkretnych źródłach. W dodatku nie czuć ducha pisarki, jej serca i zaangażowania. To się zdarza w przypadku, kiedy twórca zajmuje się czymś, co nie należy do niego bądź nie zostało przez niego wymyślone. A to ogromny minus.

Kolejna kwestia to bohaterowie. Pierwsze spojrzenie czytelnika kieruje się na Valerie, która jest praktycznie jedyną wyrazistą postacią, ale to nie oznacza, że wartą zainteresowania. Co ją wyróżnia? To, że była inna? Piękna? Nie poczułam żadnej więzi z jej osobą. Harry zaś, jej narzeczony, wydawał mi się mdły i mało wyrazisty. Peter? Cóż, chyba zbyt wielu „złych chłopców” pojawiło się już w powieściach młodzieżowych, by ten mógł przykuć moją uwagę na dłużej.

Muszę jednak zauważyć, iż oprawa książki wygląda ciekawie –  choć sama filmowa okładka odrzuca, to wnętrze jest interesujące: treść podzielono na trzy części, a każdą opatrzono osobną wkładką. W dodatku każdy rozdział zaczyna się od kolejnej strony, więc powieść jest przejrzysta i wygodna w czytaniu, zaś początek i koniec książki udekorowano obrazkiem przedstawiającym biegnącą dziewczynkę w pelerynie.

Czy polecam? Patrząc na ówcześnie panującą modę na komercję i masówkę, pewnie niejedna osoba będzie zachwycona powieścią, z którą ja musiałam się zmierzyć i niestety nie było to najlepsze doświadczenie. Może, jeśli ktoś nie zna filmu i nie jest wymagającym czytelnikiem, uzna to dzieło za interesujące. Dla mnie przeobrażanie i wykorzystywanie klasycznych baśni do stworzenia kolejnej, nic nie wnoszącej do literatury historyjki jest zbędne. „Dziewczyna w czerwonej pelerynie” to synonim kiczu,  nie jest więc warta wyższej oceny niż 2,5/6. Sami musicie jednak zadecydować, czy Sara przemawia do Waszej wyobraźni. Ja odtwórczym dziełom niestety mówię stanowcze i głośne: „NIE”.

**** Tirindeth by mybooksbytirindeth dla PB