Recenzja: Całując grzech

„Całując grzech” to drugi tom cyklu „Zew nocy” składającego się z dziewięciu części, których autorką jest Keri Arthur. Zainteresowałam się tym cyklem poprzez okładkę pierwszego tomu, „Wschodzącego księżyca”, aczkolwiek nie spodziewałam się rewelacji. Byłam więc bardzo zaskoczona pozytywnymi wrażeniami, jakie pozostawił po sobie „Wschodzący księżyc”. Po przeczytaniu pierwszej części od razu wiedziałam, że z pewnością sięgnę po drugą, nie spodziewałam się jednak, że zachwyci mnie ona znacznie bardziej niż „Wschodzący księżyc”.

            Riley Jenson można uznać za ostatnią kobietę na świecie, od której kłopoty trzymają się z daleka. Tym razem bohaterka budzi się naga i cała we krwi w nieznanym miejscu, z wielką luką w pamięci, przez którą nie pamięta nic z ostatnich dni. Wie tylko jedno – musi uciekać. Podczas ucieczki zabiera ze sobą Kade’a, pociągającego zmiennokształtnego, który również był uwięziony w tym tajemniczym miejscu. Wydostanie się z niego to jednak nie koniec kłopotów Riley. Znów zostaje wplątana w śledztwo Departamentu Innych Ras, oprócz tego musi pogodzić się z głęboko tkwiącym w niej pragnieniem, marzeniem, które staje się coraz bliższe spełnieniu i powrotowi Quinna, o którym wciąż nie może zapomnieć.

            Porównując „Całując grzech” z pierwszą częścią, muszę przyznać, że drugi tom wypada zdecydowanie bardziej atrakcyjnie. Książka ta pochłonęła mnie już od pierwszych stron i nie było w tej lekturze ani jednego momentu, w którym odczuwałabym znużenie albo zniechęcenie tą książką. Dużym plusem tej lektury jest to, że nieustannie coś się dzieje, akcja toczy się w takim tempie, że czytelnik nie ma czasu, żeby zastanawiać się nad czymkolwiek innym, niż tylko nad tym, co wydarzy się dalej. Wartka akcja posiada osobne atuty – znajdzie się tutaj wiele elementów zaskoczenia i niespodzianek i, mimo iż nie są to zwroty akcji, które zwalałyby z nóg, to i tak wzbudzają zadowolenie.

            W książce tej pojawiają się nowi, sympatyczni bohaterowie, jednak powracają również starzy, których już z miejsca pokochałam. Jestem wdzięczna autorce za to, że tak dużo miejsca poświęciła postaci Rhoana, który jest bratem Riley, a dla mnie jednym z najwspanialszych bohaterów tej książki. W drugiej części cyklu „Zew nocy” każdy bohater staje się czytelnikowi bliższy, o każdym z bohaterów dowiedzieć się można znacznie więcej, niż było przedstawione w „Wschodzącym księżycu”. Jeżeli tylko w kolejnych częściach Keri Arthur postanowi przybliżyć czytelnikom postać Liandra, partnera Rhoana i poświęcić odrobinę więcej miejsca ich związkowi – niczego więcej nie będzie mi potrzeba.

            „Całując grzech” mogę uznać za książkę szczególnie bliską mojemu sercu, ponieważ jest to pierwsza lektura od wielu miesięcy, która mnie wzruszyła i wywołała łzy. Książka ta budziła we mnie wiele emocji, od złości, poprzez strach, aż do radości i szczęścia. Jednak wbrew pozorom w lekturze tej odczuwa się nieustające napięcie, chwile, w których główna bohaterka czuje się bezpiecznie i komfortowo są naprawdę rzadkością, ponieważ niebezpieczeństwo w tej powieści czai się wszędzie. To dzięki tym wszystkim wrażeniom odczuwałam niezwykłą bliskość ze światem przedstawionym w tej książce. Niezwykłą, ponieważ dawno czegoś takiego nie poczułam.

            Czy polecam „Całując grzech”? Gdybym tylko mogła, bez najmniejszego zawahania wciskałabym wszystkim na siłę tę i pierwszą część cyklu „Zew nocy”. Uważam te książki za bardzo udaną lekturę. Jestem pewna, że przez bardzo długi czas będę je miło wspominać – szczególnie drugi tom, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Podczas jego czytania zwróciłam uwagę na to, że autorka ograniczyła trochę sceny seksu – uważam, że zabieg ten działa zdecydowanie na korzyść książki, ponieważ wcale nie potrzeba wielkiej ilości scen erotycznych, żeby powieść była ciekawa i wciągająca, „Całując grzech” i bez tego jest świetną lekturą.

****Lenalee by  zlodziejka-ksiazek.blogspot.com dla PB