Recenzja: Łaska utracona

Czy przykładna córka pastora może zmienić się w odważną, waleczną bohaterkę? Czy może będzie podatna na wszelkie zło, które spróbuje splamić jej czyste sumienie? Czy wierzymy w dobro tak bardzo, że będziemy stać z boku niewzruszeni i pewni siebie, gdy mrok zapragnie zawładnąć każdą jasną stroną w naszym życiu? Czy jesteśmy aż tacy… naiwni?

Grace Divine, grzeczna dziewczyna z „Dziedzictwa mroku”, w sequelu powieści Bree Despain ponownie odgrywa kluczową rolę w wydarzeniach. Po przejęciu klątwy na siebie, ratując swojego ukochanego i skazując siebie na wieczną walkę z darem, który może przejąć nad nią kontrolę, Grace zmienia poniekąd swoją rzeczywistość. Lecz mimo to nadal ma przy sobie ukochanego – Daniela, który nie pozwoli, by „ciemna strona mocy” posiadła duszę dziewczyny.

Jednak nagle coś zaczyna się zmieniać. Najpierw dziwny, tajemniczy telefon od Jude’a, brata Grace, a później zagadkowe zachowanie Daniela sprawiają, iż bohaterka zaczyna węszyć. I wtedy w jej świat wkracza tajemniczy Talbot, niebezpieczny i seksowny mężczyzna, który będzie tak całkowicie inny niż Daniel, jak to tylko możliwe. To sprawi, że zarówno związek z ukochanym stanie się problemem, lecz także własna, nieznana do tej pory natura dziewczyny, która wtem da o sobie znać.

I tu należy sobie zadać pytanie, co zrobi Grace? Czy podda się bestii, która w niej drzemie? Czy będzie szukała brata na własną rękę, nie słuchając jego ostrzeżeń? I ostatecznie, co ukrywa Daniel i jaką rolę w wydarzeniach odgrywa tajemniczy Talbot? O tym już musicie przekonać się sami.

Osobiście sięgając po „Łaskę utraconą”, spodziewałam się prawdziwego bum. Być może ze względu na tematykę – teraz role się odwracają i to Grace jest postacią nadprzyrodzoną. Zmieniają się więc relacje. Mimo to muszę przyznać, że autorka popłynęła w tym tomie schematem – nowy etap, rozłam w związku, tajemniczy drugi chłopak, niepewności bohaterki… To już znamy, pani Despain!

Na początku było ciężko. Nudy, flaki z olejem, marazm, schematy – mogłabym wymieniać bez końca. Grace wciąż ta sama, układna, grzeczna, słodka, zakochana w Danielu etc. Ale z czasem coś się zmienia nie tylko w niej, ale także w kreowanej fabule. Grace dojrzewa. Zmienia się jej spojrzenie, jej determinacja zaczyna przejmować władzę. Akcja nabiera tempa, a pamiętnikowa forma narracji – tu nie tylko z punktu widzenia bohaterki, ale także akcentująca dobitnie upływający czas, nadają odpowiednią dynamikę i stopniują nasze emocje. Im bliżej jesteśmy kulminacyjnego momentu, tym szybciej bije nasze serce i tym bardziej się denerwujemy. To niepowtarzalny plus dla powieści, bo wnosi świeżość płynącą w dużej mierze właśnie z narracji.

Grace jako główna bohaterka nie spisuje się najgorzej. O wiele bardziej podoba mi się w tej niż w poprzedniej części. Nie lubię bowiem mdłych dziewczyn, które ze spuszczoną głową pozwalają sobą rządzić, albo zakrywają się sumieniem i konwenansami. Tu w końcu mamy jakiś płomień, jakieś zacięcie. Niestety muszę przyznać, że bywały takie momenty, iż miałam wrażenie, że to tylko gra. Czasem zachowanie panny Divine wydawało mi się naprawdę  sztuczne, jakby ona sama próbowała sobie wmówić to i owo. Nie mogłabym także nie wspomnieć o nadużywaniu przez nią słowa „supermoce”. Na początku było to oczywiste, lecz wciąż powracające to jedno stwierdzenie (w zatrważającej ilości powtórzeń – podkreślam!) sprawia, iż wypowiedzi bohaterki nabierają trywialnego, wręcz niedojrzałego wyrazu.

Natomiast męscy bohaterowie to prawdziwe szaleństwo i… znowu schemat. Talbot, typ macho i Daniel, który z upadłego romantyka zamienia się w ciepłą kluchę, tworzą niezłą ale niestety znaną nam kombinację. I obaj niestety działali mi na nerwy – Talbot za wygórowane mniemanie o sobie, Daniel za swoją pierdołowatość.

Nie mogę powiedzieć, że książka jest zła. Ma bowiem ciekawą oprawę, interesująco poprowadzone wątki i zaskakujące zwroty akcji, a przy tym szokujący i zasmucający jednocześnie finał, który aż się prosi o szybką kontynuację. O ile jednak część pierwsza zachwyciła mnie pomysłem i postacią głównego bohatera, o tyle tu mogę jedynie pochwalić rozwiązanie końcowe i akcję, której nie brakuje. Choć momentami czułam (co muszę przyznać z bólem), jakbym miała do czynienia z tanią parodią „Darów Anioła”, w dodatku pełną zapożyczeń i powtórzonych z innych dzieł motywów.

Łaskę utraconą” mogę śmiało polecic fanom pani Despain i czytelnikom, którzy nie stronią od paranormali z dobrze rozwiniętą akcją. Poza tym nie da się ukryć – niebanalna okładka, będąca kontynuacją motywu pierwszej części, lecz tym razem w innej kolorystyce, a także zaskakująco trafnie dobrany tytuł sprawiają, iż dzieło to, jak rzadko które, zasługuje na wyróżnienie. Dlatego mogę dać ocenę 4/6 i zapewnić, że po kolejny tom także sięgnę, z ciekawości.

**** Tirindeth by mybooksbytirindeth dla PB